Aby przypomnieć i przekazać temu krajowi imię drogie i święte dla każdego Polaka, dla każdego człowieka miłującego wolność i honor, dzisiaj szczyt ten górujący nad Nową Walią nazywa się Górą Kościuszki.

Pisał w 1840 roku wielki Polak, wielki podróżnik, wielki Paweł Edmund Strzelecki do swojej ukochanej. Człowiek dobry i prawy, samouk, który jako pierwszy narysował mapy dla znacznej części Australii głównie Nowej Walii i Tasmanii, ale też dla Ameryki Południowej.

Kraj który, pewnie i przez was jest postrzegany raczej za gorący, nie jest zbyt dobrze przygotowany na zimowych szaleńców. Dlatego też szlaki nie są oznaczone i dobrze widoczne kiedy przykrywa jest śnieg i lód. Polecono nam więc po prostu wychodzić na górę pod kolejką krzesełkową, co okazało się mordercze, bo strome, w śniegu i lodzie pod stopami. To była najbardziej wyczerpując część. Musieliśmy rozbijać lód piętami, żeby być w stanie wyjść wyżej.

Góra Kościuszki po polsku

Stwierdziliśmy (wiedząc, że trasa zrobiona dla turystów jest łatwa), że oddając hołd Strzeleckiemu, wyjdziemy od samiusieńkiego dołu na samiusieńką górę. Na szczyt prowadzą 3 szlaki: krótki (z Thredbo), długi (z Charlotte Pass) i bardzo długi (z Charlotte Pass, ale zahaczający o pasmo najwyższych szczytów). Wszystkie szlaki w wyższych partiach gór są zamknięte w okresie zimowym. Szlaki nie mają stosownych oznaczeń, przez co bardzo łatwo można zgubić drogę pod warstwą śniegu. Olbrzymie przestrzenie, zmienność pogody, brak zasięgu komórkowego i słabe przygotowanie turystów do zimowej pogody skończyło się tragicznie dla wielu osób.

Zachęceni bardzo dobrą pogodą wybieramy opcję pierwszą, która zajmuje nam cały dzień i do Thredbo docieramy już po zmroku (błogosławiony Ł., co ma świra na punkcie zabierania czołówek).

Zdobycie szczytu można sobie ułatwić wsiadając w kolejkę krzesełkową (15 min i 29$ za osobę). Od stacji kolejki jest ok 6.5 km marszu łatwym szlakiem na szczyt Kościuszki. Po drodze punkt widokowy, na którym kończy „wspinaczkę” zdecydowana większość współpiechurów. Nasz ostatni odcinek to stromy „skrót”, chyba poza szlakiem, bo ten biegnie dookoła góry prowadząc dalej łagodnie pod górę.

Kraj który, pewnie i przez was jest postrzegany raczej za gorący, nie jest zbyt dobrze przygotowany na zimowych szaleńców. Dlatego też szlaki nie są oznaczone i dobrze widoczne kiedy przykrywa jest śnieg i lód. Polecono nam więc po prostu wychodzić na górę pod kolejką krzesełkową, co okazało się mordercze, bo strome, w śniegu i lodzie pod stopami. To była najbardziej wyczerpując część. Musieliśmy rozbijać lód piętami, żeby być w stanie wyjść wyżej.

Ktoś z góry krzyczy „szaleńcy, co wy robicie” (nic kurde, grzyby zbieramy… no szlag by go trafił, przecież widzi, że nie mamy w połowie już jak wsiąść), „dawajcie, dawajcie, już połowa za wami” (ta, połowa, okazało się później, że jedna czwarta). Na szczycie (dla nas to był jak szczyt, dla reszty dopiero początek i wysiadanie z kolejki) jest restauracja i nie by ich szlag. Człowiek zmęczony, mokry, chce tylko herbatę z rumem, a oni każą czekać w kolejce 20 osobowej na stolik. No stolik, zachciało im się stolików. Dobra, rezygnujemy ze stolika, bo nawet jeszcze nie jesteśmy na początku trasy a czas leci, słońce też. Szybka herbata, pół kanapki i lecimy.

Droga jest zabawna, cała wyłożona metalowymi podestami (zimą chroniąca od śniegu, latem od węży) pokrytymi tylko szronem. Z nami pomykają wszystkie nacje świata. Rocznie wychodzi na górę 100 000 osób, więc nie będziemy za specjalnie wyjątkowi, ale może, że zimą i bez kolejki to jednak już coś. Jest (minus) -9 stopni, słońce takie, że nawet nie wiemy kiedy się spalamy. Po 1.5h od kolejki docieramy do najwyższych toalet Australii, a stąd zaczyna się skrót na szczyt. W połowie góry dwie ok. 60 letnie panie rzucają się na tyłek i próbują zjeżdżać po twardym śniegu, za nimi ich kolega niby do siebie, ale bardziej do mnie No takie dojrzałe kobiety, a takie rzeczy robią, po czym sam rozpędza się i ziuuuuuta na tyłku prosto w koleżanki, które w połowie utknęły.

Na górze wieje, jak w minus 20. Z nami jest tylko jedna para, ale chyba z jakiegoś cieplejszego kraju, bo zmywają się szybko. Jesteśmy przez chwilę Panią i Panem Australii, najwyższymi ludźmi w tym kraju. Kilka zdjęć, flaga Polski, pamiątkowy filmik, wokół białość, że nawet ciężko powiedzieć czy jesteśmy wysoko i wracamy. Na niższych partiach, tam gdzie szykują stoki zaskakują nas naśnieżarki, wielkie rury rozrzucające zmrożoną wodę dla przybywających niedługo bogaczy. Wracamy po ciemku, Żabcia stoi już sama na parkingu, gorący prysznic i odlatujemy zmęczeni śniegiem, wiatrem i słońcem. Ciekawe, gdzie spał Strzelecki jak zszedł z Kościuszki…

Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Wczytuję...