Kiedy wspominałem ostatni wyjazd w Tatry przed oczami ciągle pojawiał się Kościelec. Jego dumna sylwetka wydawała się nie do zdobycia ale postanowiłem mimo wszystko spróbować.

Nie będzie w tym ani trochę przesady jeśli powiem, że Kościelec przykuł moją uwagę już podczas pierwszej wizyty w Dolinie Gąsienicowej. Strzeliste ściany w kształcie piramidy prezentowały się naprawdę pięknie. Moje nikłe tatrzańskie doświadczenie kazało mi jednak odrzucić ten pomysł. I jak tu żyć? Z jednej strony pokusa, a z drugiej rozum hamujący moje zapędy. Znacie to?

Oddalałem więc ten pomysł na bliżej nieokreśloną przyszłość jednocześnie coraz więcej czytając o szlaku prowadzącym na jego szczyt. Zostałem niepraktykującym teoretykiem, który o przebiegu drogi i czekających trudnościach wiedział już niemal wszystko. Kiedy znalazłem się w sercu polskich gór pomyślałem, że w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie żeby udać się w stronę Doliny Gąsienicowej i stamtąd jeszcze raz rzucić okiem na interesujący mnie cel. Potem podejść w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego, może Przełęczy Karb no i może przy sprzyjających warunkach potuptać trochę po tym pięknym zboczu Kościelca. Mierzy on 2155 m i byłby najwyższym szczytem na jakim się znalazłem. Zawsze przecież jednak można zawrócić, nie? Prognozy pogody na ten dzień były różne ale ostatecznie miało być pogodnie. Po 6.00 znalazłem się w Kuźnicach i tym razem samotnie (pozdrawiam Cię Darek) ruszyłem przed siebie. Wrzesień to świetna pora na górskie wędrówki. Pogoda jest w miarę stabilna, jest jeszcze ciągle wystarczająco ciepło, a otoczenie zaczyna przybierać swoje jesienne szaty.

Im bliżej Przełęczy między Kopami, tym rozleglejsze widoki. Świat budzi się do życia, a doliny spowija delikatna mgła.

Niewątpliwą zaletą jest jeszcze to, że wychodząc wcześnie rano mamy możliwość podziwiania pięknych krajobrazów malowanych niskim, poranny Słońcem. Wszystko na razie przebiega sprawnie. Utrzymuje niezłe tempo mijając na trasie kolejnych turystów. Jednak ponad granicą lasu przystaje co chwilę i wyciągam aparat zachwycony otaczającymi mnie widokami. Szczerze mówiąc spodziewałem się pustki na szlaku o tej porze, a co chwilę spotykam turystów tęskniących za górami jak ja. Zastanawiam się jak wielu z nich uda się ostatecznie w stronę Kościelca. Idąc w jego stronę wybrałem drogę, która już znałem. To niebieski szlak prowadzący z Kuźnic przez Skupniów Upłaz i Przełęcz między Kopami, który gwarantuje naprawdę rozległe widoki.

Na pierwszym planie Nosal, a dalej kolorowe pola i łąki. Wczesne wstawanie ma swoje zalety.

Zaczynam trochę się ociągać ale ciężko skupić się na marszu kiedy wzrok „lata” na wszystkie strony. Wiem, że przede mną jeszcze sporo drogi ale w drodze powrotnej Słońce nie „pomaluje” już krajobrazu w taki sposób. Wykonuje ostatnie zdjęcia, wyciągam z plecaka wodę, a następnie przyspieszam w stronę Przełęczy między Kopami. Mniej więcej od tego miejsca pojawia się widok na najwyższe szczyty otaczające Czarny Staw Gąsienicowy. I to widok nie byle jaki. Słońce jest jeszcze stosunkowo nisko i złotym blaskiem oświetla jedynie najwyższe partie gór. Jest cudnie.

Oto i jest. Dumny Kościelec wyrastający nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. W centrum kadru wyższa Świnica.

Kiedy tak chłonę oczami te wszystkie kolorowe widoki i myślę, że „przecież ładniej już się nie da” natura pobija kolejne rekordy. Gdy szlak zaczyna prowadzić w dół w stronę zabudowań Hali Gąsienicowej przed oczami pojawia się widok jaki mogłem do tej pory podziwiać jedynie na pocztówkach. Poranek w tym miejscu potrafi naprawdę odebrać mowę. Zaczynam się zastanawiać jak mogło ono wyglądać jeszcze godzinę wcześniej gdy Słońce dopiero wstawało. Rzucam okiem na zegarek (tak naprawdę to na telefon) i uświadamiam sobie, że droga z Kuźnic zajęła mi nieco ponad godzinę. Odpoczywam tylko chwilkę, robię zdjęcia i wyruszam w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. To stamtąd rusza właściwy szlak na Kościelec.

Hala Gąsienicowa o poranku. Widoki jak z bajki sprawiają, że natychmiast przestaje żałować krótkiego snu.

W tym miejscu odnajduję odejście szlaku i zgodnie z niebieskimi znakami podążam dalej. Ścieżka wiję się po dużych płaskich kamieniach w otoczeniu bujnej roślinności. Odcinek ten jest typowo spacerowy więc takim też tempem idę przed siebie. Po kilku minutach ściana Kościelca dosłownie wyrasta znad załamania terenu i wyraźnie przyciąga wzrok. Zaczynam się zastanawiać jak poważne trudności czekają na człowieka tam na górze.

Nie tracąc czasu zmierzam w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego skąd wyruszę w stronę szczytu.

Wertując kolejne strony internetowe znaleźć możemy równocześnie opinie o tym, że szlak to „bułka z masłem” by dalej przeczytać o „poważnych trudnościach”. Na pewno wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji ale wolę zastosować przesadną ostrożność niż narobić sobie kłopotów lekceważąc szlak. Chcę się także sprawdzić. Zobaczyć jak zareaguję na pierwszą wizytę w Tatrach Wysokich, ewentualną ekspozycję czy trudności terenowe. Idę więc dziarsko przed siebie. Dochodząc nad brzeg stawu pozwalam sobie na nieco dłuższą przerwę. Pora na coś słodkiego zanim ruszę czarnym szlakiem w stronę Przełęczy Karb. Staram się odnaleźć wzrokiem dalszy przebieg ścieżki ale niknie ona wkrótce na zboczach Małego Kościelca. Ruszam do góry. Szlak wiedzie kamienistą dróżką, która wije się stromo do góry. Na razie nic takiego czego bym wcześniej nie doświadczył. Przyjemna temperatura pozwala sprawnie pokonać te trudności i nie wiedząc kiedy znalazłem się na grani Małego Kościelca.

Z każdym krokiem zbliżam się do Przełęczy Karb, a ściana Kościelca robi coraz większe wrażenie.

Doskonale widać już głównego „przeciwnika dnia”, który swoim monumentalnym wyglądem zachęca jeszcze bardziej do odwiedzin. W oczy rzuca się charakterystyczny kształt piramidy, a mi nie pozostaje nic innego jak stawianie kolejnych kroków w jej kierunku. Przede mną lekkie obniżenie i po chwili znajduje się na Przełęczy Karb. Wyszukuje czarnych znaków szlaku, a następnie wysyłam sms z informacją gdzie idę i kiedy mniej więcej wrócę. Głupio byłoby gdzieś tam leżeć z wybitymi zębami… Pamiętajcie o tym wybierając się samotnie na szlak. Ruszam ostrożnie po kamiennej ścieżce, która dosyć wyraźnie prowadzi póki co w stronę wierzchołka. Nie mam pojęcia jakie trudności spotkają mnie na trasie mimo tego, że sporo o tym szlaku czytałem. Początkowy fragment podejścia prowadzi nagle w prawą stronę zbocza gdzie pojawia się pierwsza poważniejsza przeszkoda. Dla jednych spora, a dla innych niezauważalna – niewielki próg skalny.

Pierwsze trudności na szlaku. Krótki próg skalny, który przy ładnej pogodzie i suchej skale nie powinien sprawić kłopotów.

Co będzie przydatne przy pokonywaniu tej przeszkody? Zdrowy rozsądek, który w górach niezbędny jest zawsze. Spokojnie szukamy miejsca na stopy, znajdujemy coś czego możemy się złapać i po chwili jesteśmy ponad trudnościami. Na szlaku jestem sam więc spokojnie i uważnie minąłem to miejsce. Kłopoty w tym miejscu mogą się pojawić kiedy trafimy w to miejsce po opadach deszczu lub przy oblodzeniu i wtedy trzeba uważać jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Zadowolony z siebie i pełen emocji ruszam dalej.

Widoki coraz piękniejsze. Po lewej stronie kadru Czerwone Wierchy, w centrum Giewont, a w tle po prawej Babia Góra.

Szlak na szczyt wiedzie raz w stronę wschodniej, a raz zachodniej ściany Kościelca co powoduje, że idzie się całkiem przyjemnie. Zachowuję jednak koncentracje ponieważ im wyżej tym częściej napotkać można mokre skały. Kolejnym ciekawym miejscem w drodze na szczyt jest krótki trawers po nachylonych płytach skalnych.

Kolejny „czujny” odcinek na trasie. Jeśli jest sucho nie powinien jednak sprawić żadnych kłopotów.

Szczególną ostrożność należy zachować kiedy te płyty są mokre, a zdarzyć się to może nawet w pogodny dzień. Ja jednak trafiłem na naprawdę dobre warunki i tylko miejscami można było napotkać ślady wilgoci. Przejście tym fragmentem nie stwarza więc dużych problemów, a przynajmniej ja ich nie odczułem. Przez większą część trasy szlak wygląda jak na zdjęciu powyżej. Trochę kamieni, które wiją się zboczem Kościelca od prawej do lewej strony. To moja pierwsza przygoda w Tatrach Wysokich i przebieg szlaku nie jest tak oczywisty jak chociażby w Beskidach czy Tatrach Zachodnich. Tam dalszą drogę wyznaczały nie tylko znaki na drzewach czy kamieniach ale przede wszystkim szeroko wydeptane tysiącami butów ścieżki. Tutaj nie jest to takie oczywiste i muszę chwilami przystawać by odszukać wzrokiem kolejny czarny znak na kamieniu. Mimo tego i tak wydaje mi się, że w kilku momentach poszedłem nieco inaczej niż mógłby to wskazywać szlak. Nie mam pojęcia jak daleko jeszcze do szczytu. Zadzierając głowę do góry widać tylko kolejne przeszkody, kamienie i skały. Te miejscami stają się naprawdę mokre co można zauważyć nawet na zdjęciu wyżej. Kolejne schodki skalne, potem szlak zawija w prawo, to w lewo i tak dalej. Chwilami odwracam się za siebie by podziwiać coraz rozleglejszą panoramę. Momentami słyszę nawet głosy ale jestem pewien, że na szlaku jestem sam. Czy byłoby słychać kogoś znajdującego się na Świnicy czy Przełęczy Zawrat? Powątpiewam ale od razu przypominam sobie, że wschodnia i zachodnia ściana Kościelca to dosyć popularne wśród wspinających się miejsce. Może to stamtąd? Przecież nie oszalałem. Nagle trafiam na kolejną przeszkodę, którą jest krótka ścianka. I nie wiem czy może wszedłem na nią od złej strony ale w połączeniu z mokrym kamieniem, na którym stały moje nogi znalazłem się w nietypowej sytuacji. Nie specjalnie mogłem znaleźć oparcie na nogi, a że bałem się poślizgnięcia to ze sporym strachem podciągnąłem się do góry. Następnie kilka sprawnych ruchów i… nie ma już nic wyżej. 2155 metrów n.p.m. Jestem na szczycie.

Kiedy znalazłem już odpowiedni kamień mogłem wreszcie ustawić samowyzwalacz w aparacie i uwiecznić mój mały sukces. Na szczycie Kościelca byłem zupełnie sam!

Na chwilę obecną porzuciłem myśli o trudach powrotu i zdjąłem plecak rozsiadając się wygodnie na jednym z kamieni. Zasłużona przerwa. Cudowne widoki, których nie da się chyba opisać słowami. Widok na całe Tatry Zachodnie, Świnicę, Orlą Perć, a od południa Podhale i rysujący się na horyzoncie Beskid Żywiecki. Nie tak dawno odczuwałem lęk związany z wejściem na wieżę widokową w Mogielicy. Tym razem nie odczuwałem nic takiego. Może po prostu odczuwam strach przed budowlami wzniesionymi ręką ludzką? Na Kościelcu mogłem spokojnie spacerować po szczycie, a nawet usiąść tuż nad krawędzią wschodniej ściany, która opada do Czarnego Stawu Gąsienicowego z wysokości niemal 530 metrów. I co nie do uwierzenia – na szczycie byłem kompletnie sam!

Siedzę i macham nogami.

Rozglądam się dookoła, podziwiam krajobraz i nachodzi mnie ochota by podzielić się tą chwilą ze znajomymi. Upominam jednak w myślach sam siebie bo przede mną jeszcze zejście, a pokonywanie tych samych przeszkód w drodze na dół to coś czego nie lubię. Kiedy nasyciłem się chwilą już na dobre, robię ostatnie zdjęcia i chowam przewieszony do tej pory przez ramię aparat do plecaka. Zawsze lepiej mieć swobodę ruchów. Ruszam powoli na dół.

Ostatnia trudność na szlaku widziana od góry. W tym momencie chowam na dobre aparat do plecaka i bardzo uważnie rozpoczynam zejście.

Powoli zabieram się za zejście. Odwracam się twarzą w stronę skały i spokojnie szukam miejsc oparcia. Obyło się bez kłopotów i co zadziwiające – było łatwiej niż w pierwszą stronę. Pamiętam mniej więcej trudniejsze miejsca na szlaku ale pojawia się inny kłopot. Momentami mam kłopot z odnalezieniem czarnych znaków wyznaczających drogę. W jednym miejscu schodzę po nachylonych gładkich płytach by po chwili dopiero odnaleźć prawdziwy przebieg szlaku. Obyło się jednak bez przygód. Bardzo uważnie przemierzam szlak w dół pomagając sobie w niektórych miejscach rękoma. Przełęcz jest już coraz bliżej i przede mną jeszcze ten skromny „kominek”, którym schodzę raczej bez trudności. Dopiero teraz mijam się z turystami wyruszającymi na szczyt. W oddali widać kolejne grupy, które również postanowiły odwiedzić ten piękny region. Jeszcze tylko zejście z przełęczy do Czarnego Stawu Gąsienicowego, które nie sprawia mi większych kłopotów i mogę poczuć zadowolenie. Wysyłam sms meldując się na dole i szukam wygodnego miejsca nad stawem aby usiąść i nieco odpocząć. Zadzieram głowę do góry i patrzę na szczyt, z którego dopiero co wróciłem.

No i jestem na dole. Kościelec wzrasta na ponad 30 metrów nad Czarny Staw Gąsienicowy, a ja z pełnym zadowoleniem mogę sobie powiedzieć - "byłem tam".

Udało się. Wreszcie mogę cieszyć się tą chwilą. Wejście na Kościelec było dla mnie nie tylko testem na kondycję czy ogólną sprawność. Było przede wszystkim egzaminem ze stawianych sobie wyzwań. Uważam, że każdy średnio-sprawny człowiek może wejść na ten szczyt. Najważniejsze jest jednak to by zabrać ze sobą rozsądek, rozwagę i pokorę wobec gór. Jeszcze nie tak dawno zaliczyłbym wyjście na ten szczyt do miana tych nierealnych. I chociaż wiem, że nie jest to góra ani najwyższa, ani najtrudniejsza to jednak miło spoglądać na niego z dołu kiedy było się już na szczycie. Cel, który sobie postawiłem udało się zrealizować, a emocje i wrażenia towarzyszące mi na szlaku zapamiętam na długo. Bo czy nie o to chodzi?

http://zieloniwpodrozy.pl/koscielec-od-pierwszego-wejrzenia/

Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Wczytuję...