Jeśli lato to nad morzem, jeśli morze to najlepiej ciepłe. Dobrze, aby jeszcze było względnie blisko i tanio. A już całkiem fajnie, gdy w pobliżu są góry, w których nas jeszcze nie było. Wybór zatem nie był szczególnie skomplikowany - jedziemy do Czarnogóry. Bazą wypadową uczyniliśmy Bečići obok Budvy. Tam zostawiamy żony i dzieci, a sami nocnym autobusem, wyruszamy w kierunku Kosowa. 

Przed południem lądujemy w Dečani pod pomnikiem lokalnego bohatera wojennego (wygląda jak Rambo). Z wielkimi plecakami budzimy ciekawość tubylców, którzy nie wiedzieć czemu biorą nas za Amerykanów. Po bardzo sytym śniadaniu w jednej z miejscowych knajp, zakrapianym obficie piwem, ruszamy w drogę. Mijając ślady niedawnych walk docieramy do posterunku sił KFOR (zmiana włoska), które chronią monaster Visoki Dečani przed atakami miejscowych Albańczyków. Włosi raczej nie sprawiali wrażenia zwartych i czujnych, co można tłumaczyć upałem, który wkrótce pokonał i nas.

Ale droga jeszcze długa - idziemy do zachodu słońca. Następnego ranka, do około jedenastej, kryjemy się przed słońcem w cieniu drzew. Jednak las się kończy i trzeba wyjść na lampę. Oznaczeniu szlaku daleko do tego, z czym spotykamy się w Polsce. Napotkany pasterz po krótkiej rozmowie, podczas której podkreślał, że Polacy są tu bardzo częstymi gośćmi, wskazał kierunek na Gjeravicę (2656 m n.p.m.), ale przebiegu trasy musieliśmy domyślać się sami. Po całodniowej patelni dochodzimy do miejsca, z którego teoretycznie powinniśmy widzieć szczyt. Nic z tego. W dodatku gubimy i tak rachitycznie oznaczoną drogę, więc trzeba wybrać się na rekonesans, który zabiera nam następną godzinę. Ale w końcu wiemy, gdzie jesteśmy.  Zrzucamy na wypłaszczeniu bety i na lekko idziemy w kierunku wierzchołka. Z reguły nie fotografuję zachodów słońca w górach, ale skoro nadarza się taka okazja to czemu nie. Niestety na szczyt wchodzimy już po tym, jak tarcza słoneczna chowa się za horyzontem. Trudno...

Upał atakuje bardzo wcześnie, więc pospiesznie zwijamy namiot i schodzimy w cieniste doliny. Po dojściu do rzeki nie zastanawiamy się długo i z ulgą (ale i początkowym dreszczem) taplamy się w wodzie. Nasze ablucje z zaciekawieniem obserwują miejscowe dzieciaki. Próbują nawiązać kontakt, co po pół godziny odpowiadania na "How are you?" zaczyna być nużące, więc skracamy odpoczynek.

Cały dzień zajął nam przeskok z Dečani do Vusanje w Czarnogórze. Tradycyjnie chciałem nabyć jakiś miejscowy alkohol, lecz zamiast pytać o najlepszą kosowską rakiję, wyskoczyłem z wódką. Uprzejma pani wskazała na wyrób made in Poland, którego nazwa zapewne jest dobrze znana lumpenproletariatowi. Jeśli czymś takim chcemy podbić bałkańskie rynki to życzę szczęścia – przyda się... Zakupy nam się udały, lecz przecież nie będziemy całego tego dobra targać w góry. Chowamy szkło pod kamieniem, ale mamy inny problem. Jesteśmy w górach Prokletije, które słyną z braku wody. Dociążamy się zatem przy jednym z ostatnich napotkanych źródeł i późnym popołudniem docieramy do łąki, gdzie rozbijamy namiot. Co za zapach! Nie - nie kupy, lecz ziół. Jakbym wszedł do pizzerii. Łał! Zasypiamy wręcz odurzeni tym aromatem. Oznaczenia szlaków są podobnie marne jak w sąsiednim Kosowie, więc następnego dnia, wkrótce po wyruszeniu w drogę, gubimy się. Z wątpliwą pomocą przychodzi nam trójka tutejszych chłopców wypasających krowy. Nalegają, abyśmy rozbili namiot i poszli sobie w góry. Oni go popilnują...

Gdy okazuje się, że ich nagabywania trafiają na mur, trzech młodocianych cwaniaczków znika równie szybko jak się pojawia. Dalej szukamy szlaku... W końcu odnajdujemy go po jakiejś godzinie. Żarówa nie odpuszcza, skwapliwie więc wykorzystujemy każdy napotkany cień, chowając się w skalnych załomach. Wczesnym popołudniem nareszcie widzimy szczyt, ale ponieważ tradycyjnie nie jesteśmy pewni przebiegu szlaku, idziemy na krechę, przy okazji pakując się w kłopotliwe skały. Na szczęście plecaki zostawiliśmy wcześniej w szczelinie skalnej, zatem wyjście z opresji nie zabiera nam dużo czasu i ok. 1,5 godziny później wita nas najwyższy szczyt Czarnogóry – Zla Kolata (2534 m n.p.m.).

W laurach zdobywców wracamy do naszych rodzin i od tej chwili możemy zamienić się w typowych turystów, delektując się beztroskim życiem plażowicza.

Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Wczytuję...