Niedziela 27.12.2015 r. Poświątecznie. Choinka już zaczyna się sypać, obżarstwo w toku choć spichlerz sałatkowo-ciastowo-%owy nienadszarpnięty zanadto.. hmm (zdziwko). Tak czy inaczej nic tylko kontynuować passe, leniuchować i świętować wydawałoby się... ale jednak nie... Pogoda zapowiada się obiecująco, lekki mrozik, niebo niemalże bezchmurne i to słońce, które już wabi mnie swoimi południowymi promieniami. To sygnał aby zaliczyć kolejny zachód słońca na jakimś "jednotysięczniku".

Pytanie: Gdzie? Którędy? To zawsze bywa dla mnie problemem, bo najlepsza opcja, to być w kilku miejscach naraz. Niestety trzeba zejść na ziemie bo czas nagli. Wychodzę przed dom, szybka ocena sytuacji i lustracja przedpola. Spoglądam na Smerek i Hnatowe Berdo skąpane w słońcu. Powietrze "żyleta", kontury są wyjątkowo ostre, będzie szansa na Tatry ale czegoś jakby mi tutaj brakowało... Oglądam się w drugą stronę na południe i widzę brakujący element układanki... W masywie Jawornika i Fereczatej aż po Jasło, rozciąga się kilka większych i mniejszych kłębków, ciężkich i gęstych chmur. Szczególnie moją uwagę zwraca okryta niczym watą dolina potoku Bystrego i górującego nad nim Wielkiego Jasła. Tak, w tym momencie już miałem obrany azymut właśnie na Jasło :) Jest to wyniosły szczyt z rozległą połoniną i równie szeroką panoramą, zwłaszcza na pasmo połonin położony w sąsiedztwie Pasma Granicznego.

Jasło 1153 m n.p.m

Wsiadam w samochód. Pakuje wszystkie graty, zarzucam anzug pierwszego kontaktu - zawsze ubieram się trochę za lekko w stosunku do panujących warunków, bo nie lubię się gotować pod górę i nie potrafię iść powoli :). Oczywiście dodatkowy skafander w postaci polaru, zajmuje miejsce w plecaku i nie zawacham się go użyć zapewne na górze :).

Kierunek marszu standardowo po swojemu - na dziko. Czasu w zasadzie mam dość dużo, bo samą górę chce atakować najkrótszą możliwą trasą. Dojeżdżam zatem drogą zakładową nadleśnictwa (gruntowa droga stokowa relacji Smerek (Beskid) - Majdan biegnąca starym nasypem kolejki wąskotorowej z przełomu XIX i XX w.) do podnóża góry i podchodzę od strony wylotu doliny Bystrego. Początkowo lasem, następnie stokówką, która prowadzi mnie na grzbiet. Docieram do pierwszych polanek przyszczytowych i tutaj w miejscu zwanym Poharami, schodzi się moja dzika trasa z nieznakowaną trasą, która wiedzie z Przełęczy Przysłup, właśnie na Jasło.

Po drodze spotykam dwie małe grupki turystów. Maszerując obserwuje otoczenie i widzę tą pyszną mgławice nad Bystrym, ale moją uwagę już pod samym szczytem zwraca coś jeszcze... owa mgła, jakże pożądana zaczyna pokazywać mi figę z makiem, bo zarówno szczyt jak i całe Pasmo Graniczne znika mi w oczach w jednej wielkiej chmurze. Sytuacja o tyle dziwna, że za plecami mam zupełnie inny świat... klarowne niebo i ani grama dymu. Przyznam, że mina mi trochę rzednie więc zaczynam focić cokolwiek, póki jeszcze coś widać.

Jasło, widok na wierzchołek z okolic Poharów
Jasło wierzchołek

Wiem jedno... nie mogę się poddać... a moją nadzieję podtrzymuje dość żwawy zefirek, który trochę miesza tą "mamałygą". Pojawia się równocześnie prosta myśl: Jak nawiało, to może i rozwieje? :D Po burzy myśli w mojej głowie staje w końcu na szczycie, pod wieżyczka geodezyjną. Godzina 14:00? Jakoś tak... zachód ok. 15:25 wiec szmat czasu a ja wiem, że nic nie wiem :/. Trudny temat ale "rozgaszczam" się trochę u góry. W zasadzie w tej mgle nie mam specjalnej weny aby coś spłodzić do spółki z aparatem, ale kukam tu i ówdzie - stwarzam pozory ;)

Co jakiś czas sam wierzchołek się na moment odsłania, by za chwilę z powrotem zniknąć w tej zasłonie dymnej. Nudy biorą górę, czas na selfie? (nie lubię tego słowa ale krótko i na temat :)) Pojawia się pewien dobrze znany mi problem... Dopóki szedłem byłem bardzo hot ale na górze robi się nie tyle not, ale cold :D. Pierwszy objaw hipotermii u mnie - zimne i zdrętwiałe dłonie... reszta jest jeszcze ok.

Biorę się za to zdjęcie. Oczywiście nie jestem w stanie rozłożyć statywu. Mam w ogóle problem mieszać w rękawiczkach ustawieniami w aparacie. Za statyw, nawiasem - bardzo niepoprawny - służy plecak :o. Jakoś udaje mi się ustawić aparat, samo body jak i ustawienia, czymś podeprzeć, generalnie byle jak aby było, ot straszna partyzantka :D Wszystko fajnie, ale to by było na tyle, bo warun nie ulega zmianie a słońce jeszcze wysoko. Zarzucam polar i aby rozgrzać choć resztę ciała (łapy już mi odpadają) idę ku krzyżówce na Okrąglik i Małe Jasło. Patrzę w kierunku Roztok i na Słowację - nic.. tylko mgła...

Jasło, droga do raju

Około 40 minut do zachodu słońca, pogoda dynamiczna, wietrzna bez wyraźnych szans na poprawę. Hipotermia jedzie z koksem a ja mam nie lada zagwozdkę. Chwila namysłu... Zostaje! Trzeba się tylko porządnie rozgrzać - myślę. Biegusiem z krzyżówki do wieżyczki jak Usain Bolt, włączając także i ręce do intensywnego ruchu - grzeje się :D Kilka powtórzeń jest ok ale po kilku minutach to samo... zatem musztra odbywa się cyklicznie ale łapska są nie do opanowania, chuchanie, dmuchanie i rękawice itd.

Po jakimś czasie mgła nagle zaczyna się przesuwać... Nie spodziewam się tego co zastane na tym etapie, pewnie też przez to, że ostatnimi czasy jestem skupiony właśnie na ogrzewaniu ciała. Mgła dołem się przerzedza, kukam na dół z dość stromo opadających stoków Jasła i łudzę się zobaczyć grunt - Roztoki Górne. Mam nadzieje na zarejestrowanie chociaż raz słońca tegoż popołudnia. Oko mi bieleje, w gardle zasycha a szczeka opada w momencie kiedy pierwszoplanowa mgła rozwiera się przede mną, jak wody przed Mojżeszem i widzę upragnione słońce ale... ale i dywan mgły zaraz poniżej górnej granicy lasu aż po horyzont :D Istna zadyma! Niczym paralityk sięgam po aparat i biegam tam i z powrotem, usiłując zrobić nieporuszone zdjęcia z trzęsącymi się z zimna rekami. W związku z powyższym i będąc w afekcie uzyskuje taki oto efekt :D

Zachód słońca na Jaśle 1153 m n.p.m
Zachód słońca na Jaśle 1153 m n.p.m
Zachód słońca na Jaśle.
Zachód słońca na Jaśle.
Zachód słońca na Jaśle 1153 m n.p.m
Jasło, zachód słońca
Zachód słońca na Jaśle 1153 m n.p.m na horyzoncie Tatry.

Ukazują się i Taterki, które jak zwykle pokazują swoje pełne oblicze dopiero po samym zachodzie słońca. Ostatnie zdjęcie, jest już przejawem czystej desperacji, gdyż po sfoceniu czego się dało nie czuje już rąk, a jednak mam czelność jeszcze je wykorzystać :). Proceder nie trwa jednak zbyt długo, dlatego że moje zmagania przyspiesza znikoma ilość światła i operowanie długim czasem naświetlania. Fizycznie jest to nie do przeskoczenia bez statywu. Kilka strzałów, aparat do sakwy i biegiem na dół w kierunku samochodu. Obywa się bez czołówki na szczęście acz boję się nawet po nią sięgać (patrz motyw ze statywem :D). Zbiegam wariantem prowadzącym na Przysłup, gdyż ścieżka (później stokówka) jest użytkowana przez turystów i mam pewność, że w trakcie biegu na dół nie zostawię głowy na jakiejś gałęzi albo nie zaliczę ostatniej bazy jak w baseballu. Po dotarciu do drogi gruntowej już bez pośpiechu docieram do samochodu i wracam do domu odpocząć, ogrzać się i sprawdzić stan swoich zdobyczy :).

Kategorie: 
Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Wczytuję...