Do Nowej Zelandii przybyliśmy w styczniu, czyli w szczycie sezonu turystycznego i wakacji letnich. Wszystkie popularne szlaki pełne były mniej i bardziej doświadczonych traperów ze wszystkich stron świata. Na szczęście Silver Peaks nie są aż tak rozreklamowane jak Great Walks, a widoki i tak są niesamowite.

Silver Peaks leżą w Otago, 50 km od Dunedin. Każdemu, który chciałby odwiedzić to miejsce, serdecznie polecam zatrzymanie się na przynajmniej dwa dni w Dunedin. Nie jest to duże miasto, ale malowniczo położone, z ciekawą architekturą, profesjonalnymi muralami i ciekawymi wydarzeniami. Jednego dnia zwiedzaliśmy centrum miasta i okolice wraz ze specjalną mapą, w poszukiwaniu murali, w tym dwóch autorstwa Polaków: Natalii Rak, pod tytułem „Miłość wisi w powietrzu”, oraz Bezta z Etam Cru. Kolejnego braliśmy udział w zlocie starych samochodów, których wiek zawstydziłby moich dziadków. Kiedy już zasyciliśmy się miejską atmosferą, zabraliśmy nasze pełne plecaki i ruszyliśmy w stronę gór.

Typowe oznaczenie szlaku w lasach i zaroślach

Nie takie szlaki straszne, jak je malują

Swoje informacje o szlakach czerpaliśmy z dwóch źródeł: strony Departamentu Konserwacji (Department of Conservation) oraz tramper.nz. Taki system polecam wszystkim, którzy nie czują się pewnie w górach, ale posiadają jakieś doświadczenie. Doświadczonym traperom zdecydowanie doradziłabym jedynie tramper.nz. Spowodowane jest to punktem widzenia twórców obu stron internetowych. Na stronie DoC stopień trudności szlaku opisywany jest z punktu widzenia osoby niedoświadczonej, aby zniechęcić potencjalnych chojraków, którzy w góry chodzą w klapkach i butelką coli. Takie podejście przynosi efekty zwłaszcza, że większość ruchu turystycznego w Nowej Zelandii stanowią Azjaci, a ci biorą sobie do serca rady autorytetów. Natomiast tramper.nz tworzony jest przez doświadczonych turystów górskich dla osób na podobnym poziomie. Szczegółowość informacji jest na obu stronach bardzo zbliżona.

Silver Peaks poprzecinane są gdzieniegdzie starymi ogrodzeniami owczych pastwisk.

Szlak Silver Peaks przez DoC oceniany jest jako bardzo trudny, natomiast przez tramper.nz jako średnio łatwy. Spowodowane jest to tym, że oznaczenia szlaku nie są umieszczane często, więc należy posiadać podstawową umiejętność orientacji w terenie. Czasy estymowane przez DoC są czasami mocno zawyżonymi – doświadczeni najprawdopodobniej większość odcinków przejdą szybciej. Moim zdaniem cała trasa była bardzo wyraźnie widoczna pomimo znikomej ilości przechadzających się turystów – spotkaliśmy ich zaledwie sześcioro. Na szlaku znajdują się dwie chatki, w których można nocować bez rezerwacji: kto pierwszy, ten lepszy pod warunkiem, że posiada zakupiony w DoC bilet noclegowy. Obie wyposażone są w łóżka z materacami, zbiornik na wodę oraz toalety. Śmieci należy zabierać ze sobą. Trasę pokonuje się w dwa dni, a poszczególne odcinki są dobrze opisane.

Zdobywając kolejne metry

Już od samego początku szlaku naszą drogę obrastają krzewy kwitnące na biało. Po wejściu wyżej widać, że pokrywają całe podnóża gór białym dywanem, ale to nie im Silver Peaks zawdzięczają swoją nazwę, a śniegowi, którzy często pokrywa je zimą. Śnieg nie należy do stałego repertuaru pogodowego Nowej Zelandii, ale sami mieszkańcy przyznają, że ich klimat się od kilku lat zmienia na chłodniejszy.

Pierwszego dnia pogoda nas nie rozpieszczała, ale nie należała też do najgorszych: podczas marszu odsłoniętym szlakiem, smagał nas wiatr i moczyły przelotne opady. Na szczęście przygotowaliśmy się na takie kaprysy. Wygląd wzniesień przed nami przypominał nasze polskie Bieszczady z tą różnicą, że z Bieszczad nie widać morza. Nasze warunki pogodowe uległy poprawie, kiedy zaczęliśmy schodzić w dolinę. Deszcze wykonały dobrą robotę, ponieważ zejście Schodami Diabła (Devil's Staircase) stało się błotną ślizgawką. Stromizna i duże ryzyko poślizgu spowodowały, że oceniamy ten kawałek na najtrudniejszy element trasy. Aby nie stracić zębów lub nie ulec kontuzji, musieliśmy korzystać ze wsparcia dużych, wyrastających z ziemi kęp trawy. Reszta trasy, w porównaniu z tym odcinkiem, była kaszką z mleczkiem.

Plan trasy zaproponowany przez DoC sugerował zatrzymanie się na nocleg w Jubilee Hut. Oceniwszy nasze siły doszliśmy jednak do wniosku, że jesteśmy w pobliżu grubo przed czasem i bez problemu dotrzemy do kolejnej, do Philip J. Cox Memorial Hut. Zrobiliśmy sobie przerwę obiadową na pobliskiej polanie, po czym pomaszerowaliśmy dalej. Po drodze podziwialiśmy ruiny dawnych zabudowań. Kolejnym przystankiem była ABC Cave, jaskinia o ciekawej historii.

ABC Cave jest sucha i przystosowana do nocowania. Wyposażono ją w stół, karty do gry i świece. Wokół niej znaleźć można wiele innych, pomniejszych jaskini. W latach '50 XX wieku okolicę zamieszkiwał pustelnik szukający odosobnienia, ale miejsce to rozsławił już w latach '30 Lionel Terry. Lionel był zbiegiem ze szpitala psychiatrycznego, w którym odsiadywał dożywocie za morderstwo. Minęło dobrych kilka miesięcy zanim został odnaleziony.

Niezapowiedziani, nocni goście

Po dotarciu do PJC Memorial Hut rozbiliśmy namiot. Ponieważ tuż obok wyznaczono lądowisko dla helikopterów, musieliśmy niemal przytulić się do ściany chatki. Jest to typowa bolączka najpopularniejszych szlaków w Nowej Zelandii. Z powodu braku miejsca na rozbicie namiotu na dziko, trzeba z dużym wyprzedzeniem rezerwować miejsca noclegowe w chatkach.

Zrelaksowani po kolacji, poszliśmy spać. Jednak nie był nam dany spokojny sen. W okolicach północy obudziły nas głośne, nieznane dźwięki. Wiedzieliśmy, że w Nowej Zelandii nie ma dużych drapieżników, ale te niezidentyfikowane chrząknięcia, warknięcia i piski zdecydowanie budziły mój niepokój. Minął kwadrans, a odgłosy ucichły, więc z radością osunęłam się z powrotem w objęcia Morfeusza. Po powrocie do cywilizacji i konsultacjach z tubylcami okazało się, że wystraszyły nas... oposy. Kto nie zna dźwięków wydawanych przez oposa, znajdzie je na Youtube. Prawdopodobnie nie jest to coś, co chcielibyście usłyszeć po raz pierwszy w życiu, w całkowitych ciemnościach nocy i własnej przyrodniczej ignorancji :)

Ostatniego dnia mieliśmy do przejścia zaledwie 12 km. Część naszej trasy oznaczono jako wyjątkowo trudną i zalecaną jedynie doświadczonym. Nie była jednak tak trudna, jak Schody Diabła. Również rzeka, którą pokonywaliśmy po drodze, nie stanowiła wyzwania, gdyż okazała się być bardziej szemrzącym strumykiem niż nieokiełznanym żywiołem. Gdyby nie panująca w ostatnich dniach susza, mogłoby być nieco inaczej. Ostatnie 6km drogą, z powrotem do naszego wynajętego auta, było najnudniejszym kawałkiem całej trasy. Największym odkryciem spaceru obok drogi były łuski pozostawione przez myśliwych polujących na oposy oraz gigantyczne, bo wielkości mojej dłoni, szyszki sosnowe. Nie chciałabym, aby taka spadła mi na głowę!

Naszą trasę w Silver Peaks wspominam bardzo pozytywnie. Jest to miejsce piękne i klimatyczne, które polecam każdemu. Rozpoczynającym swoją przygodę z turystyką górską zalecałabym ostrożność. Doświadczeni świetnie zrelaksują się przemierzając ten ocean białych kwiatów i wysokich traw. Mimo że są niepopularne, zdecydowanie warto dać im szansę :)

Tagi: 
Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Wczytuję...