Okładka

Wstajemy niespiesznym porankiem. To przedostatni dzień w górach. Dziś w planach mamy przejść między schroniskami z Doliny Pięciu Stawów, gdzie spędziliśmy noc na Halę Kondratową, miejsce kolejnego noclegu. Szlak wiedzie przez Zawrat, Świnicę, Kasprowy Wierch i Goryczkową Czubę. Wytyczony jest na kilka godzin wędrówki.

Leje deszcz, zaczęło padać już poprzedniego dnia. Szarość zasnuła nieboskłon pochłaniając barwy. Świat przykryty deszczowym woalem w słabym blasku ledwo prześwitującego światła. Chłodna mokrość przesącza dolinę. Czekamy. Może się przejaśni, albo chociaż deszcz zelżeje w padaniu. Młodzi ludzie, którzy spędzili razem z nami tę noc w piętnastoosobowej izbie dotarli do schroniska wieczorem. Byli kompletnie przemoczeni. Woda ze strumienia Roztoka wystąpiła z koryta i płynęła szlakiem. Wciąż mamy nadzieję, że nie podzielimy ich losu. Ta gaśnie jednakże z minuty na minutę. Z kompletnie zaparowanych szyb schroniskowej głównej sali końcówkami rękawów ścieramy wilgoć by odsłonić widok na spadające krople. Część wędrowców zmienia plany, odpuszczają zamierzone szlaki przy takiej pogodzie. Po chwilowej zbiorowej konsternacji, co robić w takim dniu pojawia się przyjemne rozprężenie. Nikt tu nigdzie się nie spieszy, nikt nic nie musi. Dzień spędzony w gronie przyjaznych ludzi w najwyżej położonym schronisku w Polsce to doskonały czas. Izbę wypełnia przyjemny gwar roześmianych głosów. Podszyty spokojem i coś jakby... szczęściem. I my tak się czujemy, choć nie rezygnujemy z trasy. Moglibyśmy zejść na dół i pojechać busem, ale dlaczego mielibyśmy to zrobić? Przygoda czeka. Deszcz ją tylko ubrał w swoje mokre szaty. Ot taka odsłona życia na tu i teraz. Robi się późno. Idziemy.

Mija może kwadrans a my już jesteśmy przemoczeni. Pada naprawdę mocno. Dochodzimy do miejsca, w którym w normalnych warunkach pomiędzy górskimi głazami przerzucony jest drewniany mostek, przez który suchą nogą przekroczyć można Roztokę. Teraz rzeka okala podstawy kładki z jednej i drugiej strony. Trzeba dać kilka solidnych susów by się na nią dostać. Nie wszystkie kroki trafiają w kamienistą ścieżkę, lecz w ogromne kałuże rozlewające się na rosnącą obok kosodrzewinę. W zasadzie to i tak bez znaczenia. Sucha stopa przestała być taką dziesięć metrów za schroniskiem. Teraz po prostu trochę chlupie w butach.

Przejście przez Roztokę okazało się jednakże błahostką, gdy doszliśmy w okolicę rozwidlenia szlaku na Szpiglasowy Wierch i Zawrat. W miejscu tym z nieustająco padającego od dwóch dni deszczu utworzył się szeroki i bardzo wartki strumień. Woda spływa bystro gdzieś z okolic grzbietu pomiędzy przełęczą Zawrat a Kozim Wierchem w kierunku stawów. Kilkadziesiąt minut zajmuje nam znalezienie miejsca, gdzie partyzancka przeprawa przez nieistniejący w zwykłych warunkach potok jest w ogóle możliwa. Po przyjęciu do wiadomości, że suche i całkowicie bezpieczne miejsce nie istnieje poszliśmy tak, jak staliśmy. Tam, gdzie szlak być powinien, a gdzie teraz tonął pod górską bystrzycą. Chwila nerwów, wzmożonej uwagi i uważności by się nie pośliznąć i jesteśmy na drugim brzegu. Bez zawahania, wywrotka mogłaby być opłakana w skutkach. Dalej na Zawrat docieramy bez dodatkowych atrakcji. Wszak deszcz i temperatura na poziomie kilku stopni powyżej zera w lipcu uatrakcyjniają podróż aż nadto.

Ruszamy na Świnicę. To najtrudniejszy fragment dzisiejszej drogi. Strome podejście z zabezpieczającymi umocnieniami wbitymi w skały. Przy słonecznej pogodzie to wielka radość by się po nich wspinać. Dzisiaj przeżycia są dość ekstremalne. Metal klamer i łańcuchów jest bardzo zimny i śliski od wody. Pomimo rękawic, które mamy na dłoniach palce po jakimś czasie zaczynają grabieć. Uchwyt jest sztywny i niepewny. Stawiamy kroki na zboczu, a do butów z góry wpadają strugi spływające ze szczytu wody. Na plecach mamy duże plecaki mieszczące dobytek pozwalający spędzić w górach kilka dni. W tych okolicznościach to dodatkowe obciążenie robi dużą różnicę. Kilka razy ześlizguję się z kamienia. Nie ma żadnego bezpośredniego niebezpieczeństwa, niemniej sama utrata równowagi sprawia, że mięśnie zaczynają drżeć z wysiłku, emocji i chłodu. To drugi raz w górach, gdy mam poczucie "miękkich nóg". Idziemy zatem wolno, bardzo wolno. Ostrożnie, z uwagą, szacunkiem i zachwytem, lecz nie z trwogą. Docieramy w końcu na Przełęcz Świnicką. Wiemy, że najtrudniejszy technicznie fragment już za nami.

Szlak wiedzie odtąd główną granią Tatr, przez Przełęcz Liliowe, która jest granicą pomiędzy Tatrami Wysokimi a Zachodnimi. Nie jest wymagający. To wąska ścieżka wytyczona środkiem górskiego grzbietu. Nie ma przewyższeń ani obniżeń. Przypomina raczej dróżkę w parku tyle tylko, że taką na około dwóch tysiącach metrów. Gdyby nie było otaczających nas zewsząd chmur mielibyśmy arcypodniebne widoki, których dziś próżno szukać. Sceneria zalana jest gęstym mlekiem, jak w porządnym Latte. Widoczność ograniczona do kilkunastu metrów. Jesteśmy już zmęczeni, przemoczeni i zziębnięci. Od hali w dole wieje silny wiatr. Rozpędza krople deszczu, które rozbijają się z wściekłością o wychłodzoną do twardości skórę twarzy. Do tego stopnia, że ich uderzenia kąsają jak opiłki lodu. Rozwiązuje mi się sznurowadło buta. Mam tak zgrabiałe palce dłoni, że nie jestem w stanie zasznurować go z powrotem. Pomaga mi człowiek, który jest tu ze mną. Czuję wdzięczność. Nie za poprawienie wiązania, ale ze obecność. Za wspólnie spędzone chwile. Za emocje, które możemy dzielić.

Niespodziewanie napotykamy grupkę ludzi. Pytają dokąd idziemy. Odpowiadamy, że na Halę Kondratową. Oni na to, że to jeszcze daleko, ale zapytują również skąd idziemy. Gdy odpieramy, że z Doliny Pięciu Stawów ze zdziwieniem w oczach zmieniają ton pierwszej wypowiedzi mówiąc, że w takim razie jesteśmy już prawie na miejscu :)

Mijamy Kasprowy, jeszcze chwila, kilkaset wysyconych wyczerpaniem i zimnem kroków. Spomiędzy gęstej mgły wyłania się oznaczenie zielonego szlaku wskazującego, że na Halę Kondratową została godzina drogi. Wielka radość z serca przelewa się przez ciało, manifestując się na naszych twarzach szerokimi uśmiechami. "Zbijamy piątkę", to już prawie koniec. Jak ja to lubię...

Docieramy do schroniska na Hali Kondratowej. Jesteśmy wycieńczeni fizycznie, przemoknięci do suchej nitki, wymarznięci do kości i... szczęśliwi! Czy było, zatem warto? Po milionkroć... TAK! Dla tych przeżyć, emocji, doświadczeń. Dla prawdziwego bycia. Te bezcenne dary zostaną z nami na zawsze przekute we wspomnienia. Po czymś takim zawsze czuję się trochę innym człowiekiem. Bardziej dojrzałym. Jakby przybyło mi kilka neuronów szczęścia i miłości.

I jeszcze kilka prezentów od życia. Absolutnie nie do przecenienia. Suche majty i skarpety, gorący prysznic, miska zupy, wygodne łożko i ciepły śpiwór. Bezcenne.

Ludzie mówią po, co idziesz w góry? Przecież możesz stracić życie. Chodzę nie po to by umrzeć, lecz po to by żyć.

A w życiu, jak na szlaku - też czasem bywa pod górę. Wieje i pada. Ba, potrafi lać prosto w twarz. Zatem, czy warto? Po milionkroć... TAK! Bo życie to podróż, wycieczka, przygoda. Podniebna przechadzka między schroniskami.

I jeszcze jedno, następnego ranka nad doliną wzeszło piękne słońce :)

Kategorie: 
Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Newsletter

Bądź na bieżąco! Zapisz się na nasz newsletter i otrzymuj raz w tygodniu listę najnowszych artykułów i newsów.

Wczytuję...