Okładka

Jako urzędnik państwowy, pracujący w chyba jednej z najmniej lubianej przez ludzi instytucji, wiodłem bardzo spokojne, niczym nie zmącone życie. Zakopany popołudniami w książkach różnego pochodzenia i czasami wątpliwego sortu, wyczekiwałem soboty aby zobaczyć chociaż namiastkę realnego świata. Dowiedzieć się co w trawie piszczy, opowiedzieć o moich książkowych odkryciach i odciąć się od tego z czym na co dzień spotykam się w pracy. Mimo, że telewizję oglądam rzadko, to dzięki moim pokojowym koleżankom, doskonale orientowałem się, który rolnik znalazł żonę i co tam słychać u słoików. Czyli generalnie jak nie spałem to byłem w pracy, jak nie byłem w pracy i to czytałem i tak trwała moja marna egzystencja bez krzty adrenaliny i emocji.

I tak w pewien gorący lipcowy wieczór na katowickiej Mariackiej, poznałem anioła, który, jak mi się wtedy wydawało odmieni moje życie. I owszem tak się stało choć nie tak jak się tego spodziewałem. Piękna nieznajoma okazała się miłośniczą zdobywania szczytów. A ja ze względu na to, że bardzo szybko stałem się miłośnikiem jej samej, to również zapragnąłem zdobyć jakiś szczyt. Czyli innymi słowy, chciałem na gwałt mieć coś co jej zaimponuje i co spowoduje, że będziemy mieli o czym porozmawiać. Nie wspominając już o tym, że nakłamałem, że kocham góry, choć ostatni raz góry (nie wliczając hałdy wungla) widziałem na wycieczce szkolnej. A mój jedyny zdobyty „szczyt” to Morskie Oko, na które zresztą jako tłusty szóstoklasista ledwo co wlazłem. Suma summarum musiałem szybko coś wykombinować do następnej niedzieli, bo ku mojemu zdziwieniu dziewczyna przystała na spotkanie. Miałem tydzień. Ale gdzie pojechać?

Gdzieś za Bielsko…za blisko. Mało efektownie. Tatry? Oklepane. Bieszczady? Zbyt dzikie. Karkonosze? W sumie, czemu by nie. Po krótkiej analizie i szybkim przeczytaniu całego Internetu stwierdziłem, że szlaki są tam często uczęszczane, nie zaginę i nie stracę łączności ze światem, a przy tym całkiem tam ładnie, więc będzie co opowiadać. Na miejsce spoczynku wybrałem Szklarską Porębę, a na górską zdobycz Szrenicę, dzięki Bogu, nie za wysoką. Wręcz idealną dla takiego laika jak ja. W poniedziałek od razu wypisałem urlop na żądanie na piątek, a w drodze powrotnej zajrzałem na uliczny stragan z książkami w celu pogłębienia swej ubogiej wiedzy. Brałem wszystko jak leci. Wystarczyło, że tytuł zawierał słowo „góra”. A jak nie zawierał to całkowicie wystarczała mi ilustracja. Z tego co pamiętam, nawet przeraziłem się co nieco swojej ówczesnej motywacji. Co tu dużo mówić. W miłości jak na wojnie. Wszystkie chwyty dozwolone.

Wróciłem do domu z taśką pełną książek i jeszcze w butach zabrałem się do przeglądania swoich nabytków. Jak się zresztą później okazało wyraz „góra” nie zawsze oddaje sens tego co znajduję się w środku. Pierwsza książka „Kampanie Dragoon do Gór Skalistych” jest tu chyba najlepszym przykładem. Co prawda nie liczyłem, że opis górskiej natury będzie tu tak obfity jak opis dorzecza Niemna u Orzeszkowej, no ale jednak na coś tam liczyłem. No niestety. Opowieści o Indianach i regułach teksańskiego klincza zostawię sobie na kiedy indziej. Później już było co raz lepiej, mimo, że jeszcze z małymi potknięciami. Nastąpił we mnie nawet taki mały (już wtedy) wewnętrzny przełom. Rozczytując się w książce „Na jednej linie” Rutkiewicz, poczułem jakby moja mała, typowo turystyczna wyprawa miała na celu zdobycie czegoś więcej niż tylko serca pięknej dziewczyny. Gdzieś w międzyczasie, pomiędzy jedną a drugą stroną czyniłem minimalne przygotowania. Bo i po co więcej, skoro jadę w gruncie rzeczy na spotkanie z cywilizacją otoczoną tylko pięknymi widokami?

Autor: 
Licencja: 
CC-BY-SA-3.0
Szklarska Poręba
Szklarska Poręba

Nastał ten dzień, piątek o poranku. Mimo wczesnej pory słońce mocno już dawało o sobie znać. Wsiadam do samochodu, wrzucam plecak, wyjeżdżam na A4 i jak prawdziwy podróżnik przemierzam drogę z wiatrem we włosach. Nie przeczę, że bardzo pomogła mi w tym zepsuta klimatyzacja w aucie, no ale liczy się w końcu efekt. Po pięciogodzinnej jeździe (Google Maps obiecał, że dojadę w 3,5) na miejscu przywitały mnie dosłownie tłumy. Zdawałem sobie sprawę, zresztą nawet oczekiwałem, że nie będę tam sam, ale żeby aż tyle?! Wycieczki, starzy, młodzi, grupy mniej lub bardziej zorganizowane. Można było dostać oczopląsu. Wszedłem do pensjonatu. Zostawiłem wszystko i poszedłem się rozejrzeć. Ten dzień postanowiłem spędzić rekreacyjnie, żeby mieć na następny dzień wystarczająco sił do zdobywania szczytów. No dobra, szczytu. W sobotę przy śniadaniu wybrałem szlak, którym pójdę. Czerwony. Myślę, czerwony, najtrudniejszy. Idę.

Wokół mnie dalej mnóstwo ludzi tych dużych i tych całkiem najmłodszych. Niby sam, a jak owieczka w stadzie, idę tam gdzie oni. Z każdym krokiem moja duma z wyboru tak trudnej wędrówki zaczęła maleć. Do tego stopnia, że sprawdziłem w Internecie faktyczną trudność tego szlaku. Zgodnie z moimi przeczuciami, oznakowania szlaków w ogóle nie pokrywały się z moją wiedzą o nich, a raczej jej brakiem. Spokojnie, podziwiając wszystko dookoła doszedłem do Kamieńczyka. Kupiłem bilet, dostałem kask i zszedłem po schodach. I tu koło wodospadu, na samym dole dotarło do mnie o co w tym wszystkim chodzi. Widok zapierający dech w piersiach, szum wody, bryza, chłód. Stałem i patrzyłem. I tak jak mówiła moja mama „Synek wisz czemu wiosna jest taka pikno? Bo trza przetrwoć zime”. I to jest właśnie to. Trzeba wejść, namęczyć się, uzbroić się w cierpliwość żeby móc nacieszyć oczy, delektować się tym co w górach nas otacza. O ludziach wokoło zapomniałem całkowicie. A na samą Szrenicę w końcu nie wszedłem. Zaczęło się robić stromo. Moja kondycja fizyczna, o którą dbam siedząc przy biurku już prawie trzy lata dała o sobie znać. Odpuściłem. Tym razem. Trzy tygodnie później byłem tu znowu. Ale to już inna opowieść.

Autor: 
Licencja: 
PD
Wodospad Kamieńczyka
Wodospad Kamieńczyka
Autor: 
Licencja: 
CC-BY-SA-3.0
Szklarska Poręba, Wąwóz Kamieńczyka
Szklarska Poręba, Wąwóz Kamieńczyka

To był lipiec i początki. Teraz mam już za sobą jesienne Pieniny i spokojne, a zarazem dzikie Bieszczady. I choć moje zauroczenie piękną zdobywczynią szczytów ulotniło się szybciej niż gaz z piwa, to fascynacja do pieszych górskich wędrówek pozostała. Każdy jakoś zaczyna, każdy ma jakąś motywację. Ja jeszcze jak dziecko we mgle gubię się, poszukuję, wszystkiego się uczę. Począwszy od wydawałoby się błahych rzeczy jak ubiór, sprzęt, a kończąc na umiejętności samo zachowania i wyrabianiu sobie odwagi i ciekawości, żeby zbaczać w mniej uczęszczane i zatłoczone trasy. Idzie mi coraz lepiej. Dzisiaj spadł pierwszy śnieg, a ja już czekam wiosny. I gdy następnym razem spotkam kogoś, kto powie, że kocha góry. To się z nim zgodzę. I nie będę musiał już kłamać.

Kategorie: 
Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Newsletter

Bądź na bieżąco! Zapisz się na nasz newsletter i otrzymuj raz w tygodniu listę najnowszych artykułów i newsów.

Wczytuję...