Okładka

Zabieram Was dzisiaj Bursztynowym Szlakiem w mroźną krainę Jaćwingów. Miejsce to jest nietuzinkowe, a aura jaka tam panuje bez wątpienia niepowtarzalna i dla wielu z Was zapewne jeszcze nie znana.

Mowa o cudownej krainie leżącej nieopodal setek jezior. Kraina ta była niegdyś zamieszkiwana przez starosłowiański lud Jaćwingów, który ponad wszystko miłował Matkę Ziemię i kochał jej dary. Lud ten był bardzo zżyty, a ciepło ognisk, które płonęły w ich osadach można odczuwać po dziś dzień nawet w mroźne dni. Przez tereny Gór Sudawskich przebiegał Bursztynowy Szlak handlowy, który łączył Rzym i Litwę. Nikomu nie przeszkadzało, by ten szlak tam mógł powstać, bo Jaćwingowie choć dumni i dostojni potrafili dojść do porozumienia. W drugą stronę tak już to nie zadziałało. Rzymianie stwierdzili, że jest tam zbyt wiele miłości i postanowili, aby lud ten sobie podporządkować i wpiąć ich do rydwanu królestwa jedynej słusznej racji jaką oni wyznawali. Jaćwingowie jednak wiedzieli czym to jest i nie poddali się dobrowolnie połknięciu przez ideologie Rzymu, co ich bardzo rozwścieczyło i postanowili wprowadzić swoja ''cywilizację''. Pomimo tego, co się tam wydarzyło miłość w ich sercach nie zagasła, a wolność, której się nie wyparli pozostała pięknym tłem dla tej krainy. Wiedząc o tym wszystkim postanowiłem dotknąć tego miejsca swoim sercem tak, jak robili to oni, piękni, niezłomni, dumni i wolni od wszelkich prawd. Miłość do wszystkiego, co ich otaczało przytuliła tę przestrzeń, a ja postanowiłem się z nią scalić.

Droga moja rozpoczęła się z krainy jezior podlaskich i miasta Augustów, gdzie spacerowałem po zamarzniętych jeziorach szukając prawdy o sobie samym. Zbliżał się koniec mojego pobytu, czułem, że jeszcze coś pięknego ma się niebawem wydarzyć, coś, co uwieńczy mój wyjazd jak wisienka na torcie. Przypomniało mi się, że kiedyś ktoś mi mówił o pięknej krainie, którą nazwał biegunem zimna naszego kraju. Wiedziałem, że już mam swoja wisienkę, a iskierka w moim sercu zapłonęła niczym pochodnia. Długo nie czekając wsiadłem do mojej ''Białej Damy" i ruszyliśmy wspólnie tam, gdzie jak się okazało czas się dla nas zatrzymał.

Czułem już w kościach, że to, co założyłem było tylko namiastką tego, co zaczyna się urzeczywistniać. Zaczęły się już pierwsze większe podjazdy, a droga stawała się coraz bardziej kręta, a do tego zauważyłem, że śniegu jest tam jakby więcej. Aura stawała się coraz bardziej zimowa więc postanowiłem napić się czegoś ciepłego na stacji benzynowej. Tak jak wsiadłem w rozpiętej kurtce do auta wysiadłem też na stacji i zostałem mile zaskoczony, bo nie spodziewałem się, że na dystansie 60 km będzie taka różnica temperatur. Zapytałem na stacji ile mamy na termometrze, na co dostałem odpowiedź, że -7 stopni C przy czym wyjeżdżając z Augustowa było 3 stopnie powyżej zera. Stwierdziłem, że dzisiejszy dzień będzie udany i pomimo zimna i coraz większych podmuchów wiatru czułem jak zaczynam płonąć ogniem tego, co wypełnia przestrzeń mojej wędrówki.

Zaczął się wysoki podjazd a ja zobaczyłem już górę na której szczycie stała wieża widokowa. Zjechałem z drogi i wyskoczyłem z auta, bo widok, który zobaczyłem dosłownie mnie z niego wyciągnął. Miałem kawałek by tam dojść więc stwierdziłem, że podbiegnę. Odnotowałem dwie wywrotki, ale biegłem dalej :). Po chwili byłem już na miejscu i zacząłem wchodzić mijając kolejne pietra wieży. Z każdym krokiem nabierałem coraz większego szacunku i zrozumienia do Jaćwingów, bo teraz byłem już świadomy piękna i poczucia wolności jakie tam odnalazłem. Jak już na to wszystko patrzyłem nie potrzebowałem ani myśleć ani nic mówić, bo to płynęło miedzy wierszami moich kroków i mrugnięć obiektywu nie potrzebowało obrony. Po chwili pożegnałem się i ruszyłem dalej.

Po drodze sporadycznie spotykałem ludzi. Wioseczki były nie duże, aczkolwiek bardzo klimatyczne. Zatrzymałem się przy sklepie, bo chciałem zapytać gdzie mogę zobaczyć największą górę w tym rejonie, po czym pani ekspedientka zawołała ''Alina, gdzie tu jest największa góra u nas, bo Pan turysta pyta''? Po chwili podeszła do mnie przemiła Pani Alina i sympatycznie mnie ukierunkowała. Ruszyłem więc dalej według wskazówek. Dotarłem do wioski Sudawskie, która przywitała mnie wąskimi krętym drogami o dość stromych podjazdach. Minąłem ją i dotarłem do przepięknych terenów wielu wzniesień i gór. Wszedłem na górę, która wydawała mi być się największa w okolicy. Tam nie było już nic i nikogo. Wielka pusta przestrzeń, pusta, a jednak pełna. Wypełniona po brzegi ciszą, trzaskającym śniegiem i spokojem jaki tam panował. Wszystko w jednej chwili zamilkło nawet wiatr ustał, a po chwili na horyzoncie pojawił się orzeł i w spokojnym locie mrugnął do mnie okiem, a ja zrozumiałem, że pora już wracać i spełniony w błogostanie spokoju odjechałem.

Autor zdjęć w galerii: 
Wieża marzeń.
Biała dama.
Szczęśliwy Adrian
Wzniesienie 9 procent pochyłości
Zmarznięte jeziorko.
Ładowanie...
Ładowanie...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem galerii, które zobaczą tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje fotografie. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własną galerię

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne galerie dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Newsletter

Bądź na bieżąco! Zapisz się na nasz newsletter i otrzymuj raz w tygodniu listę najnowszych artykułów i newsów.

Ładowanie...