Tatry Bielskie jesienią? Kolejny pomysł na wycieczkę wydawał się wyjątkowo ciekawy.

Tatry Bielskie jesienią – taka fraza siedziała mi w głowie, kiedy planowaliśmy kolejną wycieczkę. Lato odeszło co najmniej na kilka miesięcy, więc trzeba było szybko adaptować się do nowych warunków. Lubię jesień, a lubię ją zwłaszcza w górach. Odpowiednia temperatura, kolorowe drzewa, liście szeleszczące pod nogami i nieco mniej ludzi na szlakach. Muszę bronić się dzielnie, żeby nie pochłonął mnie całkiem ten romantyzm. Takie są oczywiście wyidealizowane wyobrażenia, bo często aura jest taka, że nie chce się nosa wychylić spod kołdry.

Dlaczego Tatry Bielskie? I co to w ogóle takiego? Kiedy chwaliłem się znajomym gdzie byłem, widziałem na ich twarzach lekkie zdezorientowanie. Niby Tatry, ale jakoś poza głównym wycieczkowym nurtem. No, ale nie będę zgrywał mądrali, bo jeszcze jakiś czas temu sam nie za bardzo wiedziałbym, o co chodzi. To po prostu część Tatr, ustawiona poprzecznie do głównej grani i zbudowana niemal wyłącznie ze skał osadowych. Tyle wymądrzania się. Cel wycieczki objawił mi się głównie za sprawą Gosi z bloga Ruda z wyboru. Tak zachwalała te Tatry Bielskie, że aż zacząłem nabierać podejrzeń. W końcu o Tatrach to ona wie chyba wszystko i zwiedziła je już z każdej możliwej strony, a to właśnie o Bielskich wyrażała się nad wyraz pozytywnie. Przypadek?

Podsunąłem więc tę myśl Darkowi, a on bardzo chętnie i praktycznie od razu się na nią zgodził. To też wydało mi się podejrzane, ale postanowiłem nie dociekać, żeby się nie rozmyślił. Październik powitał nas niezłą pogodą, więc nie zastanawiając się wiele, postanowiliśmy pojechać w Tatry Bielskie jesienią.

Już pierwsze kroki zwiastują zbliżającą się jesień

Wiedziałem mniej więcej na co się piszę, ale jakoś nie mogłem się do końca przekonać. Chodzi o to, że w Tatrach Bielskich nie spotkacie szlaku, który zaprowadziłby Was na jakikolwiek szczyt. No nie ma i co zrobisz? Wszystkie wycieczki kończą się oficjalnie na Szerokiej Przełęczy Bielskiej. Przecież wiadomo, że fajnie w górach wejść na jakiś wierzchołek. To już jest coś. A przełęcz? To trochę tak, jakby po udanej randce ktoś zaprosił was wieczorem do siebie na kawę i… rzeczywiście pilibyście kawę. No niby fajnie, ale nie do końca. Dlatego bardzo byłem ciekawy, jak odnajdę się w takiej rzeczywistości. Początek naszej wycieczki miał miejsce w Jaworzynie Tatrzańskiej (Spiskiej) i już tam zobaczyliśmy pierwsze oznaki jesieni. Ruszyliśmy zielonym szlakiem, zagłębiając się w Dolinę Jaworową.

Poranek był chłodny, chociaż bardziej wytrwali powiedzieliby, że było co najwyżej rześko. Wybrałem się na wycieczkę w spodenkach, więc delikatnie zasugerowałem Darkowi, że może moglibyśmy ten odcinek przejść w nieco bardziej żwawym tempie. W plecaku miałem oczywiście cieplejsze ubrania, ale wiecie jak to z facetami – wygoda przede wszystkim. Potem niektórzy walczą o życie przy gorączce równej 37 stopni, ale ciągle się łudzę, że nie należę do tej grupy. Nie lubię asfaltowych odcinków, ale ten nie przeszkadzał mi tak bardzo jak zazwyczaj. Poza tym był niemal kompletnie płaski i czas mijał szybko. Zastanawiało nas jednak, po co w ogóle go tutaj położono, skoro w okolicy nie ma żadnego schroniska. Wokół roślinność powoli zrzucała swoją letnią szatę, a my byliśmy coraz bardziej ciekawi tego, co nam te Tatry Bielskie zaprezentują.

Wycieczka w Tatry Bielskie wydaje się być świetną decyzją

Dosyć szybko okazało się, że to bardzo urokliwe miejskie. Spacer zaczęliśmy zielonym szlakiem, po czym po około 40 minutach wybraliśmy oznaczenia niebieskie. Te miały nas poprowadzić dalej, ale już po chwili musieliśmy się zatrzymać. Dotarliśmy bowiem do Polany pod Muraniem. W innym nazewnictwie można się spotkać także z nazwami Gałajdówka i Gałajdowa Polana. Tutaj też urywa się asfaltowa droga. Minęliśmy leśniczówkę, po czym znaleźliśmy kawałek wolnej przestrzeni i zaczęliśmy oglądać otoczenie. Liście przybierały już przyjemne barwy i zrobiło się jakoś tak miło. Ciekawscy mogą też zerknąć na wystawę geologiczną, która znajduje się na skraju polany. Są też ławeczki dla odpoczywających. Nas zaczęło interesować to, co wyrosło przed nami.

Naszą uwagę przyciągnął przede wszystkim Lodowy Szczyt, który wyglądał doprawdy imponująco. Niestety trochę martwiło mnie to pochmurne niebo, ale w tamtej chwili jakoś machnąłem ręką na kaprysy aury. Postanowiliśmy nie przeciągać przerwy w nieskończoność i z entuzjazmem wystartowaliśmy dalej. Szlak prowadził nas teraz Doliną Zadnich Koperszadów. Jeżeli pomyśleliście sobie właśnie „Co to za dziwna nazwa?” to nie martwcie się. Miałem dokładnie to samo.

Ponownie wchodzimy w las

Jestem zbyt ciekawskim człowiekiem, żeby tak po prostu sobie odpuścić. Musiałem się dowiedzieć, skąd taka nazwa i teraz będziecie mogli szpanować w towarzystwie. Według jednej z teorii, nazwa ta pochodzi od prowadzonego na terenie doliny kopalnictwa rud miedzi, którym trudnili się głównie niemieccy górnicy. W ich języku brzmiało to Kupferschächte, czyli „szyby miedzi”, co Polacy spolszczyli po prostu na Koperszady. Na Słowacji funkcjonuje wersja Meďodoly, czyli chyba po prostu… „miedziodoły”? Eh, uroczy ten ich język.

Tymczasem nasza eksploracja Tatr Bielskich przebiegała bardzo sprawnie. Ślady jesieni były już coraz bardziej widoczne, a my wkrótce dotarliśmy do ciekawego, wapiennego wąwozu zwanego Bramką. Krajobraz na chwilę się zmienił, wokół nas wyrosły pionowe, wysokie skały, a bliskość potoku nieco ochłodziła klimat. Szlak ciągle piął się raczej delikatnie, więc czuliśmy się bardziej jak na spacerze w parku, niż na górskiej wędrówce. No i było cicho! Mijaliśmy tylko jakieś pojedyncze osoby i odnieśliśmy wrażenie, jakby Tatry Bielskie dostały się nam na własność. Wyczekiwałem jednocześnie miejsca, o którym czytałem na blogu Gosi. Darek o niczym nie wiedział, a ja już zacierałem ręce…

Jeszcze tylko kawałek lasem

Nawet małe dzieci wiedzą, że w Tatrach mieszkają niedźwiedzie, zwane przez niektórych czule misiami. Tatry Bielskie to nie wyjątek, a jesień to czas, w którym te zwierzęta przygotowują się do snu zimowego. Nie jestem znawcą, ale gdybym takim niedźwiedziem był, to jadłbym wtedy naprawdę dużo. W sumie… i tak to zimą zrobię. Jest jednak coś, co wyróżnia szlak przez Dolinę Zadnich Koperszadów. Istnieje miejsce, w którym o ile będziecie cicho, macie naprawdę gigantyczną szansę żeby to zwierzę spotkać. Z każdym krokiem napięcie rosło, a ja wypatrywałem znanej mi tylko ze zdjęć, puchatej sylwetki.

Wreszcie mamy zdjęcie niedźwiedzi. Co prawda drewnianych, ale zawsze coś

Oto i one! Mało ruchliwe były te okazy, ale dawały się za to bez trudu przytulać. „Medvede z dreva”, jak mawiają nasi sąsiedzi, tkwią sobie tutaj dumnie gotowe do niezliczonych, fotograficznych sesji. Informuje o tym tabliczka zawieszona trochę wcześniej, ale zakładam, że jeżeli będzie mgliście i ktoś jej nie zauważy, to może mieć ciekawe przeżycia. Ten stojący, jest mniej więcej rozmiaru dorosłego człowieka. Jeśli więc chcecie mieć w albumie zdjęcie z misiem, to tutaj macie na to niepowtarzalną okazję. Na pewno nie uciekną na własnych nogach! Kiedy już ochłonęliśmy po tym wstrząsającym spotkaniu, ruszyliśmy dalej. Ciągle podążaliśmy niebieskim szlakiem, który miał nas zaprowadzić na Przełęcz pod Kopą (Kopské sedlo). Dobre wieści były takie, że jesienne Tatry Bielskie postanowiły odkryć przed nami jeszcze więcej swoich wdzięków.

Tatry Bielskie jesienią to strzał w dziesiątkę

Po leśnym odcinku, przyszedł czas na małą polanę. Widoki są naprawdę świetne, a Tatry Bielskie jesienią prezentują się wyjątkowo atrakcyjnie. Wystarczy popatrzeć na trawy, które przybrały kolor… żółto-pomarańczowy? Mój męski wzrok nie jest w stanie dokładnie nazwać tej barwy i wiem, że Panie poradziłyby sobie z tym znacznie lepiej. Może więc musztardowy? Tak czy inaczej zrobiło się pięknie. Co więcej, szlak do tej pory wcale nie był jakoś specjalnie męczący, więc warto się tutaj pojawić. Na powyższym zdjęciu widać Płaczliwą Skałę (po prawej) i Hawrań (po lewej), które z tej perspektywy wyglądają może i ładnie, ale nie za bardzo imponująco. Wkrótce jednak wszystko się zmieni. Z szeroko otwartymi oczami idziemy powoli dalej.

Jesień w górach może się podobać

Szlak jeszcze tylko na chwilkę wkroczy między drzewa, a później już tylko uczta dla oczu. Ścieżka trawersuje zbocze, a dzięki temu gwarantuje nie tylko ładne widoki, ale także spokojne nabieranie wysokości. Po prawej widać też Jagnięcy Szczyt, którego sylwetka przyciąga wzrok. No, a im wyżej byliśmy, tym lepiej mogliśmy się przyjrzeć Dolinie Zadnich Koperszadów, którą przemierzaliśmy. Ciekawie wyglądała też Orla Perć, która zamykała tamten horyzont. I tak właśnie przy miło grzejącym słońcu pokonywaliśmy kolejne metry.

Wchodzimy na ścieżkę trawersującą zbocze

Beztrosko mijał nam czas, a przełęcz była już coraz lepiej widoczna. Spotkaliśmy też kilka osób na szlaku, które podobnie jak my, chciały skorzystać z korzystnej pogody. Jak stwierdziła grupka Słowaczek, mieliśmy „Lepšie mlade nohy”, co tylko dodatkowo nas zmobilizowało. Rumiani od komplementu, zaczęliśmy tymi młodymi nogami szybciej przebierać i już wkrótce sami zmierzaliśmy do pierwszego poważniejszego przystanku na naszej trasie. Przełęcz pod Kopą (1750 m n.p.m.) przywitała nas widokiem, który zapamiętamy na długo. Nawet nie wypatrywaliśmy dalszego przebiegu ścieżki. Oczy skupiliśmy na tatrzańskich kolosach, które na zmianę tonęły i wychylały się zza chmur.

Widoki są niesamowite

Uwierzcie mi, że ciężko było się od tego widoku oderwać. Coraz bardziej podobały mi się te jesienne Tatry Bielskie. Zdjęcia tego nie pokazują, ale chmury dynamicznie rozbijały się o szczyty czy przelewały przez zbocza. W końcu ocknęliśmy się i stwierdziliśmy, że przecież wyżej będzie jeszcze lepiej. Ścieżka prowadziła teraz wzdłuż czerwonych oznaczeń w stronę Szalonego Wierchu, by następnie odbić nieco w lewo. Planowaliśmy dotrzeć na Szalony Przechód (Vyšné Kopské sedlo) i na tej przełęczy odpocząć nieco dłużej. Wypadało w końcu coś zjeść, a miejsce to było najwyższym punktem naszej wycieczki – całe 1934 m n.p.m.

Na szlaku chwilami pustki

Z podejściem uporaliśmy się w mgnieniu oka. Tak bardzo chłonęliśmy otoczenie, że nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się na przełęczy. Szalony Wierch powoli tonął w delikatnej chmurce, a panorama Tatr Wysokich była z tego miejsca rewelacyjna. Wystarczy wspomnieć, że na pierwszym planie mamy Jagnięcy Wierch, a za nim między innymi Kieżmarski Szczyt, Łomnicę, Durny Szczyt, Baranie Rogi czy Lodowy Szczyt. Doborowe towarzystwo. Przyglądałem się otoczeniu, wyciągnąłem aparat i natychmiast zapomniałem, że jestem głodny i mieliśmy odpoczywać. Taniec chmur był po prostu hipnotyzujący.

Przerwa się nam przedłuża, bo widoki są spektakularne

Jeszcze jedno, kolejne, potem w tamtą stronę i tak do znudzenia. Robiłem zdjęcia dosłownie na około. Gdy już byłem zadowolony z jakiegoś kadru, to chmury zaczęły się przesuwać i krajobraz robił się jeszcze ciekawszy. Kiedy uznaliśmy, że pora sięgnąć w końcu do tych obładowanych słodkościami plecaków, robiło się jeszcze ładniej. W końcu z pomocą przyszła natura. Jeden z obłoków postanowił zakryć i nas. No, wreszcie mogliśmy coś zjeść.

Chmury zaczynają przewalać się przez nasz grzbiet

Jesienne Tatry Bielskie zaskakiwały nas coraz bardziej. Zrobiło się za to chłodno, bo wiatr przybrał na sile. Sięgnąłem nawet po polar. Kolejnym celem naszej wędrówki miała być Szeroka Przełęcz Bielska (1826 m). Teren trochę się obniżał, ale całość nie odbiegała za bardzo od przeciętnego spaceru. Widok Płaczliwej Skały i Hawrania wydawał się bardzo interesujący, więc koniecznie chcieliśmy się im przyjrzeć z bliska.

Teraz idziemy tam. Płaczliwa Skała i Hawrań w tle

W oddali widzieliśmy już ludzi odpoczywających na ławeczkach ustawionych na przełęczy. Można się tam dostać także ze Zdziaru, wybierając szlak czerwony. Początkowo właśnie taką trasę rozważaliśmy, ale Darek zaproponował swój wariant. Moim zdaniem trafił świetnie, chociaż byłem mimo wszystko ciekawy, jak wyglądała droga z tamtej strony. Tymczasem wiatr przybierał na sile, a nasz grzbiet był coraz bardziej łapczywie pochłaniany przez chmury.

Uroki jesieni w Tatrach Bielskich

Pewnie myślicie, że się tym zmartwiłem. Szczerze mówiąc, to nie! Widoki do tej pory były już tak interesujące, że nie miałbym pretensji do matki natury o to, że pozbawia mnie rozległych panoram. Matula jednak okazała się wyrozumiała, bo tylko pogroziła nam palcem. Przez resztę dnia nie mogliśmy narzekać na brak słońca. No, a ja postanowiłem zrobić jeszcze kilka zdjęć, co już w ogóle spowolniło nasze tempo. Wygoniłem nawet Darka na ciekawie wyglądający występ skalny, ale nie miał oporów.

Fotka w sam raz do albumu. Jagnięcy szczyt w chmurach

Najwyższym szczytem Tatr Bielskich jest Hawrań, który mierzy 2152 m n.p.m. Płaczliwa Skała, tak dobrze widziana teraz z przełęczy, jest niższa o okrągłe 10 metrów. Co ciekawe, przez bardzo długi czas prowadził tam szlak turystyczny. Zamknięty został w 1978 roku pod pretekstem ochrony przyrody, chociaż rzeczywisty powód był najprawdopodobniej czysto polityczny. Z oddali widać dokładnie ścieżkę, którą prowadzi droga na szczyt, no ale oficjalnie się nie da, a już na pewno nie w samo południe.

Szeroka Przełęcz Bielska i Płaczliwa Skała w tle

Zatrzymujemy się tylko na chwilkę. Pstrykamy fotki, wypatrujemy szczytów na horyzoncie i postanawiamy bardzo spacerowym tempem udać się w drogę powrotną. Na dłuższą przerwę przyjdzie pora trochę niżej. Nie zamierzamy jednak wracać jeszcze na parking. W planach mamy zejście do Przełęczy pod Kopą, a potem króciutką wycieczkę nad Wielki Biały Staw. To raptem pół godziny drogi, a my mamy spory zapas czasu. Do tego czujemy się świetnie, a pogoda ciągle dopisuje. Jesienne Tatry Bielskie tak nas zauroczyły, że nie mamy zamiaru jeszcze kończyć tej znajomości.

Kto by pomyślał, że Tatry Bielskie jesienią dadzą nam tyle frajdy

Teraz to ja postanawiam się wdrapać na wystający, skalny kikut. Mam zamiar dorzucić kolejne zdjęcie do swojego albumu. Wymyślam kadr, instruuje Darka w co ma celować i sam biegnę na umówione miejsce. Staram się przekrzyczeć wiatr, żeby go zapytać, czy zdążył mi zrobić zdjęcie, ale dla pewności daję mu czas. Niech zrobi kilka, a ja wybiorę to ostre. Ostatecznie chyba się udało, a Darkowi coraz lepiej to wszystko wychodzi. Leniwie idziemy na Szalony Przechód i wreszcie pojawiają się kozice. Czytałem, że w Tatrach Bielskich nietrudno je spotkać i wreszcie się doczekaliśmy.

Są i kozice, chociaż mało skore do ruchu

Pierwsza postanowiła się na nas wypiąć i chyba chciała pokazać, gdzie dokładnie ma mój aparat… Nie to nie. Druga była już nieco grzeczniejsza, ale za to niesamowicie leniwa. Nawiązałem z nią kontakt wzrokowy i… to w zasadzie tyle. Nawet kopytkiem nie chciała nam pomachać. Może jesienna chandra ją dopadła? Trudno. Realizowaliśmy dalej swój plan, który zachwycał swoją prostotą: na dół. Chmury po raz kolejny postanowiły odegrać jedną z głównych ról i w mgnieniu oka ruszyły w naszą stronę. Niemal „pożarły” idącego przede mną Darka.

Idziemy w nieznane

Widoczność nie była taka zła, a ścieżka jest tam mocno wydeptana. Nie musieliśmy się więc obawiać o zabłądzenie. Mimo wszystko postanowiłem dogonić kolegę. Głównie po to, żeby zadać mu retoryczne pytanie: „Fajnie, nie?” Krajobraz zmieniał się bowiem naprawdę szybko. Raz przetaczał się nad nami szary obłok, by po chwili przez szparę w chmurach zaświeciło słońce. Interesujące przeżycie, chociaż zacząłem się zastanawiać, czy jeszcze będzie dane nam tego dnia coś zobaczyć. Krótko trwały moje rozważania, bo gdy doszliśmy na przełęcz, to wszystko się unormowało. Po przerwie zamierzaliśmy pożegnać na chwilę Tatry Bielskie. Tak, dobrze czytacie. Przełęcz pod Kopą to umowna granica pomiędzy tą częścią Tatr, a Tatrami Wysokimi. Realizujemy swój pomysł, który zakłada spacer do Doliny Białych Stawów. Chcemy chwilę posiedzieć nad największym z nich – Wielkim Białym Stawem. Ścieżka jest prosta, wygodna i jeżeli czujecie się nieźle, to zachęcam do przedłużenia sobie wycieczki. Warto, bo jest co oglądać.

Pora coś zjeść i nacieszyć się słońcem

Odpoczywało się znakomicie. Wygrzewaliśmy się w ciepłych promieniach słońca, tafla wody tylko nieznacznie falowała, a nasz wzrok przyciągały szczyty przed nami. Poza Jagnięcym, który dalej tonął w chmurach, doskonale widać odchodzącą od niego Kozią Grań. Bardziej na lewo i nieco z tyłu przyjrzeć się można m.in. Kieżmarskiemu Szczytowi, Łomnicy i łączącej ich Grani Wideł. No i Durny Szczyt do tego. Co prawda musieliśmy nieźle zmrużyć oczy, bo znajdowały się dokładnie tam gdzie słońce, ale cały ten krajobraz po prostu przyciągał. Czas mijał niestety nieubłaganie i wkrótce postanowiliśmy wracać. Najpierw na Przełęcz pod Kopą, a później Doliną Zadnich Koperszadów.

Tak wyglądają Tatry Bielskie jesienią

Podejście na przełęcz minęło nam zdumiewająco szybko. Chcieliśmy jeszcze nacieszyć oczy tymi jesiennymi Tatrami Bielskimi, więc po prostu zorganizowaliśmy sobie kolejną przerwę. Sporo ich tego dnia było. Nie dużo brakowało, a pewnie częściej byśmy siedzieli niż maszerowali. Chmury dalej tańczyły wokół szczytów, a jedna z nich dosyć aktywnie postanowiła zaatakować Hawrań i Płaczliwą Skałę. Cienie sunące po zboczach niesamowicie malowały krajobraz, więc cieszyliśmy się chwilą.

Ostatnie fotki na górze i możemy wracać

Trudno było nam się poderwać do marszu. To trochę tak, jak z porannym wstawaniem do szkoły lub pracy. Okropnie się nie chce, ale w końcu do człowieka dociera, że nie ma wyjścia. Młodsi mogą jeszcze rzucić naiwne: „Mamo, mogę dzisiaj nie iść do szkoły?” Co jednak z nami. starszymi? Nie ma wyjścia. Zarzuciliśmy plecaki i nadludzką siłą woli wstaliśmy z ławeczki. Leniwie rozpoczęliśmy zejście i chyba wybraliśmy właściwy moment, bo chmury na dobre zaczęły zakrywać niebo. Co prawda część horyzontu zachwycała jeszcze błękitem, ale tam gdzie zmierzaliśmy było już szaro. Nawet aura postanowiła się dopasować do tego smutnego momentu, w którym opuszczaliśmy góry. Na szlaku minęliśmy jedną osobę i w takiej ciszy obniżaliśmy się do Doliny Zadnich Koperszadów.

Robi się szaro, ale i tak jesteśmy zadowoleni

Droga powrotna często mi się dłuży, ale w tym przypadku było zupełnie odwrotnie. Szybko traciliśmy wysokość i wkrótce otoczenie mogliśmy oglądać z zupełnie innej perspektywy. Hawrań i Płaczliwa skała skąpane były na nowo w słońcu, a cały ten sielankowy widok sprawił, że postanowiliśmy się na chwilkę zatrzymać. Znowu. Dobrze, że ciągle mieliśmy zapas czasu. W zasadzie to pomimo gramotnego tempa, całkiem szybko rozprawiliśmy się z tym szlakiem. Nie mam pojęcia, skąd to się wzięło.

Klimat jest sielankowy, więc wracamy niespiesznie

Wkrótce na nowo zniknęliśmy w lesie i prawie w całkowitej ciszy pokonaliśmy ten odcinek. Pogoda zaczynała się zmieniać, ale jeszcze nie wiedzieliśmy wtedy, że oto nadchodzi zima. Wkrótce zjawiliśmy się ponownie na Polanie pod Muraniem. Krajobraz wyglądał zupełnie inaczej, niż jeszcze rano. Spotkaliśmy wreszcie pierwszych turystów, bo jak już wspominaliśmy wcześniej, dotarcie do tego miejsca nie stwarza żadnych kłopotów.

Polana wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze rano

Został nam już tylko ten krótki odcinek asfaltową drogą, który minął nam bardzo sprawnie. Oto pożegnaliśmy Tatry Bielskie, które dały nam tego dnia masę frajdy! Duża w tym zasługa pogody, bo warunki potrafiły się zmieniać w mgnieniu oka. Do tego dodać trzeba łagodne, trawiaste zbocza, które przypadły nam do gustu, no i oczywiście świetne widoki na najwyższe szczyty Tatr Wysokich. Gdyby jeszcze dało się jakoś wdrapać na tę Płaczliwą Skałę, to bylibyśmy zachwyceni ponad miarę. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na jedno, ostatnie już zdjęcie.

Tatry pogrążają się w chmurach, a my żegnamy Tatry Bielskie

Tatry Bielskie jesienią wyglądały zachwycająco. To propozycja chyba dla każdego. Nawet podejścia są stosunkowo łagodne, a szlak nie jest przesadnie długi. Wliczając wizytę nad Wielkim Białym Stawem, należy poświęcić na całość ponad 9 godzin i jest to czas podany na mapach. To odpowiednio 23 km do przejścia i 1350 m przewyższeń do pokonania. Jeżeli nie chcecie posiedzieć nad wodą, to trasa zmniejsza się o 3 km i 200 m podejść. Nam ta wycieczka naprawdę się spodobała. Dosyć szybko zapomniałem, że ścieżka kończy się na przełęczy i nie można legalnie dostać się na żaden ze szczytów. Normalnie okropnie by mnie to zabolało, ale to miejsce ma tyle uroku, że wcale się tego nie odczuwa. Nie miałbym oczywiście nic przeciwko, gdyby ten szlak na Płaczliwą Skałę został otwarty na nowo.

Niektórych pewnie ucieszy fakt, że do Polany pod Muraniem można dostać się w ciągu 40 minut i to asfaltową, płaską drogą. Idealna propozycja na krótki spacer lub dla rodzin z dziećmi, bo tych mijaliśmy w tamtym miejscu sporo. Zachęcam, żeby wybrać się też dalej, bo ścieżka prowadząca na Przełęcz pod Kopą wznosi się w moim odczuciu całkiem łagodnie. Widoki z pewnością wynagrodzą ewentualne trudy wędrówki.

W galerii tradycyjnie trochę więcej zdjęć. Zerknijcie, jak wyglądają Tatry Bielskie jesienią. Znajdziecie nas również na Facebooku. Pozdrawiamy!

https://www.facebook.com/zieloniwpodrozypl/

http://zieloniwpodrozy.pl/tatry-bielskie-jesienia-glowa-chmurach/

Tagi: 
Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Newsletter

Bądź na bieżąco! Zapisz się na nasz newsletter i otrzymuj raz w tygodniu listę najnowszych artykułów i newsów.

Wczytuję...