Okładka

Zdjęcia z wyprawy na najwyższe szczyty Europy, gdzie można pobyć ponad chmurami ponad 2,5km. To już 4 seria wyjazdów mających na celu poznawanie nieznanego.

Czas na relację z wyprawy Crema di Pomodoro II. Dla jednych będzie to "wyprawa" a dla innych "niskie góry". Jako, że cieszę się ze wszystkiego, co mam, będę nazywał ten wyjazd "wyprawą", bo swoje osiągnięcia porównuję do swoich poprzednich, a nie porównuję się do sław.

Celem tej wyprawy była kontynuacja zeszłorocznej idei Crema di Pomodoro I wchodzenia na kolejne czterotysięczniki w Szwajcarii. Jako, że w tamtym roku udało nam się wejść na cztery czterotysięczniki, teraz chcieliśmy zobaczyć kolejne. Nie ukrywam, że największym moim marzeniem było wejście na Punta Gnifetii (a nie Matterhorn) i to marzenie zrealizowałem. Dlaczego akurat ten szczyt? Dla mnie nieważna jest trudność góry, ale to, co z niej zobaczę. Porównując Matterhorna i Punta Gnifetti pod względem widoków, to Matterhorn wypada blado. Nie uległem tej gorączce jednej góry, która przyciąga tłumy, a w samym Zermatt stała się wręcz religią, bo więcej używa się tam słów zaczynających na Matt… niż Polacy używają słowa na literę k… Ale przejdźmy do rzeczy...

Tak samo, jak rok temu, przyjechałem sam do Szwajcarii, a konkretnie do Randy. Kolega Rafał miał dojechać za 2-3 dni. W tym czasie postanowiłem zrobić rekonesans w drodze na Dom (4545 m). Tu postanowiłem, że po przyjeździe pójdę do schroniska położonego na wysokości 2940 m i wrócę do wioski położonej na wysokości 1409 m. Chciałem sprawdzić aktualnie panujące warunki i stwierdziłem, że śniegu jest dużo więcej niż rok temu… 20 dni wcześniej. Po prostu tragedia! Nawet róże alpejskie nie kwitły, co mnie nie cieszyło. Obawiałem się nawet, czy ktokolwiek tam szedł i raczej na pewno stawiałem na to, że drogę na Dom przetrzemy sobie my sami. Kolejne dwa dni to chwile wyciszenia – zaglądania w niedostępne rejony trawiaste, które przecinały wodospady. Spoglądanie z poziomu podnóżek tych gór naprawdę wyciszały wewnętrznie człowieka. W obecności kwitnących i pachnących kwiatów chciało się tak podziwiać widoki w nieskończoność. Trzeciego dnia doczekałem się kolegi Rafała, ale przed jego przyjazdem przez 30 godzin padał deszcz i przeszło… 9 burz! 6 w ciągu dnia i 3 w ciągu nocy. Spałem w namiocie w lesie, gdzie 1 m od namiotu przepływał potok, z którego korzystałem dość często. W dniu przyjazdu Rafała chmury zapewniły przepiękny spektakl wodospadów górskich, bo takie kształty przybierały przewalając się przez Randę. Zaprowadziłem Rafała do mojej tajnej bazy, gdzie miałem rozbity namiot i od razu rozpaliliśmy ognisko i zjedliśmy kiełbasy śląskie, które on przywiózł. Trzeba przyznać, że Szwajcarzy mają słabe kiełbasy w tych marketach. Śląska kiełbasa tam po prostu była rarytasem! Spoglądaliśmy oczywiście czy nie powstają jakieś kłęby dymu, ale na szczęście ogień palił się dość czysto.

Dom (4545 m n.p.m.)

Rafał, jak sam przyznał, był kompletnie bez formy po roku pracy w Anglii, ale i tak postanowiliśmy iść od razu na Dom 4545 m. Udaliśmy się do rozbudowywanego schroniska Domhutte 2940m, gdzie jako pierwsi przetestowaliśmy zimową część noclegową. Jeszcze nie wszystko było wykończone. Nowe deski, zapach lakierów i nawet książeczki z Eltrona produkującego przekaźniki czasowe – to rzeczy, które czuliśmy i znaleźliśmy na miejscu. Nocleg nie był wygodny i jakoś tak wilgotno. Nie wyspaliśmy się. Poszliśmy zatem około 250 m do góry na morenę boczną lodowca, gdzie z trudem rozbiliśmy namiot na wydeptanej ścieżce, bo dwa jedyne miejsca (inne były jeszcze zasypane) zajęli Słowacy. Kiedy w schronisku wstałem o 2.00 w nocy stwierdziłem, że są małe chmury, dlatego wolałem stracić ten dzień i przeczekać na lepszą pogodę. Dla mnie to był znak, że w ciągu dnia ich przybędzie. Słowacy poszli… My tymczasem obserwowaliśmy jak pogoda się psuje, powstają mgły i nawet zaczęła padać krupa (to takie kulki jak styropian). Zwykle one obwieszczają koniec zimy za około dwa dni. Słowacy we mgłach i byle jakich warunkach doszli na 4200 m. Dopiero dnia następnego dowiedzieliśmy się, że ktoś wpadł częściowo do szczeliny i zawrócili. Wrócili dopiero po 18.30 w warunkach słabej widoczności. Wolałem stracić jeden dzień niż iść po "nic", bo widoków i tak nie było.

Dnia następnego postanowiliśmy wyruszyć o 2.00 w nocy. Do 4200 m mieliśmy ślady prowadzące przez śniegi, ale i tak byłem przygotowany do tej trasy, bo dużo czytałem o trasie, gdzie trzeba iść i nawet oglądałem zdjęcia satelitarne. Przygotowywałem się do tej góry tak samo, jak do Punta Gnifetti. Podejście przez lodowiec odbywało się szybko i sprawnie, ale podejście do Przełęczy Festijoch okazało się dość problematyczne. Śliskie skały pochylone do dołu i bardzo sypki teren utrudniał wspinaczkę. Przyznam, że bałem się o powrót, bo wydawał mi się zbyt trudny. Ja i Rafał różnimy się tym, że jemu dobrze się idzie w takim terenie a mi znowu w terenie lodowcowym i śnieżnym. Weszliśmy na tę przełęcz w całości. Wiele z tych kamieni jest obwieszonych wielokrotnie rep sznurami, których Inni używają do zjazdów w drodze powrotnej. To właśnie z tej przełęczy roztaczał się najpiękniejszy widok! Czerwone morze chmur, czerwieniejące szczyty, widmo Brockenu rzucane przez… górę i fenomenalne seraki oświetlane słońcem tworzyły bajkowy krajobraz! Cały czas robiłem zdjęcia pomimo tego, że mróz trzymał bardzo mocno.

Teraz czekała nas przeprawa granią na sam szczyt. Podejście dłużyło się jak nigdy. Za każdym szczytem wyrastał kolejny, a godziny upływały. Śniegu faktycznie było bardzo dużo. Kiedy doszliśmy do 4200 m zauważyliśmy szczelinę do której ktoś wpadł jedną nogą i teren wydeptany dookoła. Dalej nie było żadnych śladów. To właśnie tutaj odezwały się nasze przyzwyczajenia, gdzie Rafał chciał iść granią a ja granią śnieżną przez lodowiec. Ostatecznie ja wytyczyłem trasę na szczyt poprzez śniegi, bo te granie nie wydawały mi się jakieś bezpieczne. Sprawdził się nawet opis z przewodnika, że wyższe partie będą oblodzone. Tak też mieliśmy. Od tej wysokości najpiękniej prezentowały się ogromne bloki lodu (seraki) zwisające ze stromych zboczy czekające tylko na obryw. Oświetlało je jeszcze wczesnoporanne słońce nadając im żółtawej barwy.

Na szczyt weszliśmy, ale wiatr bardzo utrudniał cieszenie się widokami. Z plecaka wywiało mi mapy i wszelkie zdjęcia, instrukcje i informacje. Niestety – to wszystko utraciłem. Zrobiliśmy tylko zdjęcia dookoła i zeszliśmy trochę niżej, bo mróz stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Najważniejsze, że niebo było czyste i mogliśmy podziwiać wszystko dookoła. Zejście przebiegało sprawnie, ale nie doszliśmy do Przełęczy Festijoch. Po drodze minął nas jeden Słowak z namiotu, obok którego spaliśmy. Pozostała trójka zmęczona dniem wczorajszym i wysiłkiem we mgłach wracała do domu. Niestety wracali z niczym, bo na szczyt wybierali się we mgle dnia wczorajszego, co im się nie powiodło. Tylko ten jeden Słowak podjął się drugiego wejścia i zaszedł na szczyt tuż po nas. Tymczasem schodziliśmy do przełęczy Festijoch… Przyznam, że nie widziałem tam mojej drogi zejścia. Raczej stromym zboczem pomiędzy pierwszym a drugim żebrem próbowaliśmy zejść bezpośrednio przez śniegi do lodowca. Rafał w połowie zszedł na wystające skałki, a ja czekanem dalej kontynuowałem schodzenie do lodowca. Rafał po etapie skalnym również dołączył i tak spotkaliśmy się na dole. Ominęliśmy Festijoch, którego tak się obawiałem. Teraz pozostała tylko droga powrotna do moreny bocznej i naszego namiotu. Nie zatrzymaliśmy się tu nawet na chwilę, tylko od razu spakowaliśmy namiot i zeszliśmy do schroniska, gdzie za około 2h mieliśmy zejść do poziomu 2200 m.

Na morenie było ciepło, a przy schronisku jakoś strasznie mroźnie, pomimo, że znajduje się niżej. Wiatr przeszywał zimnem. Nie mogliśmy się nawet zagrzać, dlatego opuściliśmy to miejsce i zeszliśmy w rejon zamkniętego Europahutte, gdzie rozbiliśmy namiot. Na balkonie spało dwóch innych turystów idących dopiero na Dom. My tymczasem wygrzewaliśmy się i cieszyliśmy się z kolejnego czterotysięcznika. Problemem tej okolicy był brak wody. Musieliśmy schodzić po nią aż 100 m niżej w pionie do słabego strumienia. Wysiłek wynagrodziły nam koziorożce alpejskie, które odwiedziły nas na wieczór i rano, dnia następnego. Następnego dnia zeszliśmy do Randy, gdzie przespaliśmy się w naszej bazie w lesie. Zabraliśmy nasze rzeczy, ale… zniknął potok! Dziwiliśmy się jak to się mogło stać, że potok, który tam zawsze płynął ot tak, po prostu sobie zniknął! Co ciekawe od 2.40 w nocy do 5.30 rano płynął jak zawsze i potem znowu zanikł! Czyżby ktoś instalował w nocy jakieś rury? Tego nie wiedzieliśmy…

Punta Gnifetti (4554 m n.p.m.)

Przed namiotem padały różne wersje, co do tego, gdzie idziemy teraz. Wymieniliśmy 4 opcje, ale mnie najbardziej ciągnęło na Punta Gnifetti. Przyznałem też, że jest to chyba najbardziej nierealny cel, widząc po tym ile jest śniegu. Moje informacje, mapy i zdjęcia wywiał wiatr na szczycie Domu… Mimo wszystko odrzucałem Castor'a i Polluxa (wydawały mi się mało ciekawe), Saas Fee (ze względu na konieczność zmiany lokalizacji – drogi transport) i Taschorn (ze względu na brak jakichkolwiek danych o tej górze). Postawiliśmy na jedną kartę – idziemy na Punta Gnifetti!

Już sam fakt że 28 czerwca w Zermatt mieliśmy -1'C świadczył o tym, że zima się jeszcze nie skończyła. Dodatkowo mieliśmy informację, że w… sobotę (a jak inaczej?!) ma być wyjątkowe załamanie pogody. Chcieliśmy dojść do Monte Rosa Hutte i gdzieś w okolicy przenocować, ale wiedząc o zepsutej pogodzie przedstawiłem propozycję, że rozbijemy namiot tuż przed zejściem do lodowca Monte Rosa Gletscher. Następnego dnia widzieliśmy z namiotu jak ciężki, mokry śnieg zasypuje okolicę. Cały dzień było ponuro, cały czas padało, a okolica spowijała się szarością. W końcu to typowa sobota… musiało padać. Stoki zrobiły się białe a rejon Monte Rosy stał się prawdziwie zimowy. Wszystko wyglądało tak surowo… Wszelka nadzieja odpływała… Każdy z nas wiedział, że idziemy tam po nic, ale nikt tego głośno nie mówił. Pocieszaliśmy się tylko tym, że ktoś idzie na Dufourspitze. Na kilka minut przed zachodem Słońca niebo zrobiło się nagle niebieskie! Następnego dnia nastał poranek nadziei – czyli bardzo dobra pogoda. Wierzyliśmy, że da się coś jeszcze zrobić. Standardowo odwiedzały nas koziorożce alpejskie, a w czasie opadów dwa z nich były się na rogi za naszym namiotem! To był piękny widok! Takich walk oglądaliśmy więcej, bo koziorożce są stałymi mieszkańcami tych niewielkich równin przedlodowcowych.

Przeszliśmy przez lodowiec Monte Rosa do schroniska i zauważyliśmy jak tylko przez 1 rok zmalał ten lodowiec! Prędkość wytapiania jest ogromna! Zaskoczył nas nawet układ flag na lodowcu, które chyba ustawiono wiele lat temu, bo teraz przejście wyznaczoną trasą jest bardzo niebezpieczne (ogromne garby i przepaście lodowcowe). Wystarczyło przejść lewą stroną, około 100 m od flag, bezpieczną częścią lodowca. Tam tren jest równy i nieuszczeliniony. Zdziwiłem się tym, że jezioro Ob. Dem See, które tam było rok i lata wcześniej temu teraz nie istniało! Powstał tam wielki tunel lodowy, o którym będzie trochę później… Za zgodą właściciela schroniska rozbiliśmy namiot na wysokości drewnianych tyczek. Dla Polaków to schronisko jest po prostu za drrrogie. 45 CHF za nocleg to trochę za dużo. To aż 160 zł za jedną noc, więc nawet tej opcji nie rozważaliśmy. Spotkaliśmy tam inną ekipę z Polski, którzy również rozbili się obok nas. Im nie udało się wejść na Dufourspitze z powodu nawisów na grani. Inni zawracali nawet w połowie drogi. Dziwił nas tylko fakt, że ktoś wytyczył bardzo dziwnie drogę na ten szczyt i teraz ludzie powielali ten błąd. Prowadziła ona nawet przez jakąś szczelinę z lichym mostkiem (tak określiła go ekipa polska). Z tego co pamiętam w tamtym roku, to droga klasyczna prowadzi bardzo pięknie do samej grani. Nawet "droga przez wodospad" (tak nazywamy to pierwsze strome podejście od schroniska ze względu na płynący wodospad pod pokrywą śnieżną) była jakoś ominięta… Nawet przewodniki mówią o tej drodze i każą tamtędy przejść. Żałowałem trochę tych ludzi, że szli jakoś inaczej – półdziwnie. Tego dnia nikt nie zdobył Dufourspitze…

My tymczasem przygotowywaliśmy się na Punta Gnifetti. Pamiętałem tylko dwa zdania z tego, co wywiał mi wiatr na Domie. Oto one: czas przejścia od strony szwajcarskiej: 9-11 h. Od strony szwajcarskiej droga jedynie przez mocno uszczelniony lodowiec Grenz; droga lodowcowa bardzo długa, dlatego nie jest popularna. Myślę, że to nie były zdania, które powinienem cytować na zachętę… Ale wypowiedziałem je. Kiedy Rafał usłyszał te słowa, zaproponował godzinę wyjścia równo o północy. Ja się zgodziłem. Wyszliśmy około godziny 00.30 z namiotu. Mając tylko układ drogi w pamięci, ale cóż z tego, skoro nikt tam nie był z nas nigdy i na dodatek mieliśmy szukać drogi przez uszczelniony lodowiec w środku nocy… Początek przebiegał sprawnie, ale po godzinie teren jakoś bardzo dziwnie wypiętrzał się i prowadził do skał na Dufourspitze. Uciekaliśmy w głąd lodowej doliny pod Lyskammem, bo tam miała gdzieś przebiegać droga. Przeszliśmy w miejscu, gdzie dwa lodowce łączyły się w jeden i gdzieś na dole przed dużą szczeliną dostrzegliśmy ślady. Poszliśmy za nimi. Samo obejście Lyskamma zajęło nam blisko 5 godzin! Droga ciągnęła się jak nigdy. Jedna ze szczelin była przysypana bardzo cienką warstwą lodu i śniegu. Wszystko sypało się wręcz pod nogami. Byliśmy rzecz jasna związani linami. Szedłem jako pierwszy i czułem jak lód się kruszył. Co prawda nie były to jakieś szerokie szczeliny, ale mieliśmy ich mnóstwo. Przeszliśmy ten teren bezpiecznie. Dalej droga prowadziła wśród innych szczelin, ale szliśmy ciągle na przód. Wschód Słońca zastał nas powyżej 4100 m.

Staliśmy praktycznie pod Parrot Spitze, ale dojście do jego stóp zajęło nam ponad godzinę! Śnieg był tak fatalny, że potrafił wyciągnąć resztki sił z każdego człowieka. Warstwa składała się z około 10 cm utwardzonej płyty, pod którą znajdował się świeży śnieg. Każdy krok okazywał się męczarnią, bo w chwili wybicia zapadałem się i za każdym razem musiałem jeszcze raz się wybijać. Nie bez powodu nazwaliśmy to "dziadowaniem śniegu". To było dziadostwo! Pod przełęczą między Punta Gnifetti a Parrot Spitze dostrzegłem ślady Włochów, bo na Punta Gnifetti chodzi się od strony włoskiej. Od tamtej strony wszystko mieli ładnie wydeptane, a od naszej praktycznie nic, bo ślady, którymi szliśmy gdzieś skręcały w prawo. Wschód Słońca zastał nas gdzieś pod przełęczą, dzięki czemu podziwialiśmy pomarańczowe i czerwieniejące seraki oraz najwyższe szczyty okolicy. To był widok! Najlepsze jednak przed nami czekało na nas! Punta Gnifetti obchodziliśmy od północno-zachodniej strony, bo tam prowadziło wejście na szczyt a tym samym wejście do najwyżej położonego budynku w Europie – Refuggio Margheritta – 4554 m nad poziomem morza. Jest to bardzo klimatyczne, w całości z drewna schronisko. Tam czuję się to drewno, tą wilgoć i starość drewna. Nocleg kosztuje tam 52 EUR. My dotarliśmy tam o 7.40 rano. Stało się tak, że tylko po stronie włoskiej utworzyło się przepiękne morze chmur napierające na naturalną granicę włosko-szwajcarską, przez, którą "wody chmur" nie mogły się przelać. Wytworzyło to tak piękne widowisko, że mieliśmy wrażenie, jakby naturalna tama zatrzymywała ogromne masy wody ciągnące się aż po horyzont! Widoczność była idealna. Widzieliśmy Mont Blanc, Gran Paradiso i mnóstwo innych czterotysięczników. Niebo było tak czyste, że aż radość było tu przebywać. Na dodatek świeciło słońce i… nie wiał w ogóle tutaj wiatr! Na szczycie spędziliśmy dwie godziny podziwiając te widoki.

Mając tak idealne warunki jeszcze weszliśmy na Zumsteinspitze (4563 m), skąd również podziwialiśmy to walkę morza z górami. Coś pięknego! Jednak widok z Punta Gnifetti był zdecydowanie najładniejszy, bo ta perspektywa dawała najlepszy wgląd na "akcję". Później pojawił się helikopter z Tele 1, którego uchwyciłem na zdjęciu. Schodząc ze szczytu martwiliśmy się, czy szczeliny, które przekraczaliśmy w nocy teraz nas wypuszczą, bo o tej porze już wszystko rozmiękło. Zaczęliśmy schodzić dopiero o godzinie 10.54 [dopiero? – tak, dopiero, bo temperatura w nocy spada poniżej -10'C, a w ciągu dnia podnosi się do około +42'C (patrz zdjęcie z termometrem), przez co wszystkie mostki i przejścia śnieżne rozmiękają. Z tego względu wszelkie przejścia trzeba zaczynać w nocy w godzinach 00.00 – 2.00 maksymalnie]. Obawialiśmy się tych szczelin, dlatego byliśmy czujni. Zdziwiliśmy się jednak podczas schodzenia, jak dobrze nam się szło. Co prawda droga była długa i męcząca, ale nie czuliśmy, że omijamy ogrom szczelin. Zastanawiałem się tylko, czy ostatni sobotni opad ich nie przysypał i po ilu z nich przeszliśmy nieświadomie. Z tego wejścia cieszyliśmy się najbardziej, bo spełniło się moje marzenie i zobaczyliśmy najwspanialsze widoki. Nie mieliśmy nawet siły żeby zejść na zieloną część tego świata, dlatego pozostaliśmy w namiocie na noc w śniegach.

Dnia następnego pożegnaliśmy ekipę schroniska Monte Rosa Hutte i ponownie przekraczaliśmy lodowiec Monte Rosa. Teraz nie chcieliśmy jednak pójść wzdłuż flag, ale zejść do lodowego tunelu – pozostałości po jeziorze Ob dem See. Jezioro, które utrzymywało się latami w tej okolicy teraz nagle zniknęło. Zorientowaliśmy się, że spuszczono jego wody rok temu podczas odstrzału fragmentów lodowca w 2012 roku, który to sami widzieliśmy. Dzięki temu pozostał wspaniały tunel tak pięknie wyrzeźbiony przez wody. Ściany tego tunelu stały się krystalicznie czyste, a w lodzie było mnóstwo uwięzionych kamieni i drobinek ziemi. Kiedy schodziliśmy do tunelu Rafał wypowiedział słowa: mam nadzieję, że tu nic nie poleci. W trakcie tego zdania oglądaliśmy jak z gór stacza się kamień i spada w dół… Zeszliśmy do wnętrza. Cóż za piękny świat!!! W tunelu utworzył się mały staw a obok leżały fragmenty, jakby wypolerowanego lodu. Ściany mieniły się odbijanym światłem, a ich wypolerowana powierzchnia przyciągała wzrok. Błękitny kolor tych ścian tworzył pasy, a w górnej części sklepienie przypominało otwartą paszczę rekina, żywiącego się planktonem. Nieco dalej płynęły wody tworząc wodospad i kaskady.

Długo przebywaliśmy w tym miejscu i zdziwiliśmy się jak blisko od oficjalnego szlaku ten tunel się znajduje. Idąc od strony szlaku nie da się tam wejść, bo lodowiec tworzy ogromne urwisko, dlatego trzeba przejść od flag na prawo w kamienistej części lodowca schodząc po łagodnym zboczu i sklepieniu tunelu. Trzeba uważać, bo pod kamieniami kryje się sam lód, więc przejście trzeba obowiązkowo odbyć w rakach! Po przejściu tunelu wróciliśmy na lodowiec, skąd dalej poszliśmy do zielonej części, gdzie już mieliśmy kilka dni temu rozbity namiot. Ponownie przywitały nas koziorożce, którym zrobiłem serię zdjęć.

Mettelhorn (3406 m n.p.m.), Patterhorn (3345 m n.p.m.) i Wissmiss (2936 m n.p.m.)

Jako, że mogliśmy już zapisać 3 kolejne czterotysięczniki do kolekcji i pozostały nam 3 dni do końca myśleliśmy co dalej zrobić z pozostałym czasem. Rafał chciał odwiedzić Mettelhorn (3406 m), Patterhorn (3345 m) i Wissmiss (2936 m). Zanim jednak to zrobiliśmy znaleźliśmy na przedmieściach Zermatt starą, drewnianą chatę w stanie walącym się, ale nadającą się do spania. Zrobiliśmy z niej naszą bazę uprzednio sprzątając melinę, którą urządzili tu niegdyś inni. Co prawda okna zasłonięte były jakąś folią, drzwi bez szyb również zasłonięto folią. W jednej ze ścian wybito dziurę, ale najważniejsze, że nie wiał wiatr nam do środka. To była nasza baza wypadowa.

Dnia ostatniego, jakże słonecznego poszliśmy na wszystkie trzy szczyty. Najciekawsze było to, że zaczynaliśmy z poziomu 1609 m a weszliśmy na 3404 m w ciągu jednego dnia. Oznaczało to tyle, że w ciągu jednego dnia byliśmy w skrajnym lecie, gdzie wszystko kwitło, panował upał i wszystko zielenią stało, a za kilka godzin staliśmy na lodowcu w pełnej zimie! To była niezwykła podróż w czasie, bo w drodze powrotnej zachwycaliśmy się magią wodospadów i kaskad oświetlonych późno popołudniowym słońcem. Warto te szczyty odwiedzić, bo tam jest się w samym środku czterotysięczników. Stoi się w sercu Alp będąc otoczony z każdej strony czterotysięcznikami. To coś niezwykłego i wartego odwiedzenia. W drodze na Wissmiss natrafiliśmy na chatę zmiecioną przez lawinę, gdzie w płacie śniegu leżały sprzęty, liny, buty, pepsi i Ice Tea z 2008 roku, czekany, kuchenki, itp. rzeczy! Dziwiło nas to, że nikt tego nie sprzątnął. Widocznie stało się to w tym roku, bo całą górę pokryto żelastwem antylawinowym (to takie metalowe barierki przechwytujące masy śniegu). W trakcie naszej wędrówki intensywnie stawiano kolejne sekcje, a helikoptery dowoziły kolejne części na zbocza. Z pewnością pominąłem wiele pomniejszych, ale wartych uwagi rzeczy, ale o nich będę pisać w trakcie tematu, gdy coś się wyłoni.

Dane techniczne wyjazdu:

  • Koszt: 1352 zł (1178 zł dojazdy w obie strony autokarem i dwoma pociągami + 174 zł uzupełnienie prowiantu)
  • Jedzenie: 18 czekolad z orzechami (250 g każda), 1,6 kg orzechów arachidowych z solą, 21 pomidorówek, 2 kg makaronu, niezliczone ilości śniegu przetopione na wodę :)
  • Sprzęt: lina 30 m Roca, raki, czekan, 2 karabinki, kask ochronny wspinaczkowy, najgrubsze skarpety z wełny merynosów (2), namiot dwuosobowy, rękawiczki dwuwarstwowe, kominiarka, krem UV 50, ogrom chęci.

Waga plecaka (za ciężki dziad):

  • Mój 35kg

Osiągnięte szczyty:

  • Dom 4545m n.p.m.
  • Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. od strony szwajcarskiej
  • Zumsteinspitze 4563 m n.p.m.

Inne szczyty i miejsca:

  • Mettelhorn 3406 m n.p.m.
  • Patterhorn 3345 m n.p.m.
  • Wissmiss 2936 m n.p.m.
  • tama i tunel pod Matternhornem
  • lodowy tunel (pozostałość po Jeziorze Ob dem See)

Atrakcje i rzeczy, które musisz zobaczyć:

  • ogromne seraki,
  • rzeki i wodospady lodowcowe i podlodowcowe,
  • niezwykła roślinność (różnorodność górskich kwiatów),
  • wiszące mosty linowe nad przepaściami;
  • widoki na czterotysięczniki,
  • ławice ryb w stawach górskich,
  • czyste szlaki i trasy,
  • możliwość przebywania wśród dzikiej zwierzyny wysokogórskiej na co dzień,
  • podziwianie walk koziorożców za twoimi plecami
  • kwitnące krzewy róży alpejskiej porastające całe zbocza gór,
  • niezwykle gruba warstwa śniegu i lodu,
  • bardzo duże różnice temperatur,
  • diamentowy pył,
  • widmo Brockenu,
  • niesamowite morza chmur
  • krystalicznie czysta woda dostępna praktycznie wszędzie,
  • możliwość podziwiania opadów z wysokości
  • możliwość przebywania nad chmurami ponad 2km!,
  • radość z pokonywania nowych i trudnych tras,
  • krzywizna Ziemi z dużej wysokości

Dojazd:

Autokar z Katowic do Szwajcarii (Lausanne) (479 zł/dwie strony; 20h jazdy), pociągi Swiss (Lausanne – Visp, Visp – Zermatt) (150CHF/dwie strony – cena wysoka, ale szybkość i komfort jazdy niezapomniany!). Dodam tylko, że szwajcarskimi pociągami jeździ się idealnie. Wszystko zgrane co do minuty a i prędkość jazdy jest idealna (w 58 min. od wyjazdu z Lausanne zauważyłem znak drogowy "Lausanne 96 km"; pociąg miał jeszcze w międzyczasie postój na czterech stacjach kolejowych!).

Bilety na pociągi sprzedają tylko i wyłącznie automaty podobne do bankomatów. Są intuicyjne, więc od razu załapałem o co w nich chodzi, pomimo wielu opcji i możliwości wyboru. Nawet gdyby ktoś nie umiał ich obsłużyć, to na dworcu w Lausanne wystarczy zejść do "podziemi" i "potrenować" na jednym z takich automatów, gdzie nie ma ludzi. Pociągi są tak zgrane, że od 9.30 do 13.35 jeżdżą co… 20 min., a autokar przyjeżdża na 10.00 rano, więc na pewno nic ci nie odjedzie – zawsze zdążysz. W razie problemów mimo wszystko, są 3 kasy na dworcu w Lausanne, ale trzeba się ich naszukać.

Wykonane zdjęcia: 2134

Więcej relacji z wypraw na mojej stronie: http://goryszlaki.blogspot.com/

Autor zdjęć w galerii: 
Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem galerii, które zobaczą tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje fotografie. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własną galerię

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne galerie dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Wczytuję...