Okładka

W Bieszczadach, jak wszędzie, żyją ludzie różni. Ważnym elementem struktury społecznej tego regionu, w znacznym stopniu tworzącym jego klimat, są „niebieskie ptaki”, czyli wolne duchy zwane tam popularnie zakapiorami. Nie wszystkie zakapiory to ludzie bez rodziny i dachu nad głową, są też tacy, którzy do czegoś doszli, założyli domy i „zapuścili korzenie” w bieszczadzkiej ziemi. Myślę, że zakapiorstwo jest raczej wyrazem stanu ducha, tego, co ci ludzie mają w głowach i sercach niż sytuacji materialnej. Wielu z nich już nie żyje i można ich poznać jedynie z publikacji, ciągle jednak pojawiają się nowi przedstawiciele tej grupy, bowiem nie brakuje w naszym kraju ludzi sfrustrowanych, niemogących pogodzić się z brutalną rzeczywistością i „wyścigiem szczurów”, którzy pewnego dnia postanawiają skończyć z tym, co ich krępuje i wysysa z nich życie i od lat uciekają przed tym właśnie w Bieszczady.

Pierwszym, którego poznałam, był Artysta – długowłosy, ciemny, przystojny mężczyzna – wtedy z Mucznego, jak go widziałam parę lat później – z Chmiela, a teraz nie wiem, skąd... W Mucznem byłam pod wrażeniem jego opowieści o wilkach oraz tego, jak ozdobił ich podobiznami „Wilczą Jamę”, nadając jej niepowtarzalny, nieco dziki klimat. W Chmielu natomiast zafascynowało mnie to, że miał „własnego” wilka, którego jednak, niestety, nie dane mi było zobaczyć (cóż, wilk nie był na smyczy, jak piesek, Artysta zostawił mu swobodę), udało się to natomiast mojej siostrze i szwagrowi. Nie pamiętam już dokładnie, skąd przyjechał i dlaczego, nie wiem, co teraz się z nim dzieje. Wiem tylko, że wybrał Bieszczady dla spokoju, wolności, klimatu dającego natchnienie, no i... wilków.

Tego samego roku, co Artystę (czyli w czasie mojego pierwszego wyjazdu w Bieszczady), poznałam Józka „od koni”. Ja zetknęłam się z nim tak naprawdę dwa razy i na krótko, ale jego dość obszerną historię można przeczytać w „Zakapiorskich Bieszczadach”[1]. Józek, kiedy go poznałam, mieszkał w Ustrzykach Górnych pod świerkiem. Dosłownie. Pomiędzy świerkami na polanie pod lasem miał swój namiot, a na łące trzymał konie – klacz i źrebaka. Za niewielką opłatą pozwalał turystom pojeździć na swojej klaczy i ja także miałam okazję tego spróbować. Później, za rok lub dwa, spotkaliśmy go w „Caryńskiej”[2] – zbierał wśród turystów pieniądze. Na siebie i na konie. Pamiętam, że coś tam mu daliśmy i kupiliśmy mu zupę. Zwyczajnie, po ludzku, szkoda nam go było. Nie wiem, co się ostatecznie stało z nim i jego końmi – od paru lat nie ma go już w Ustrzykach.

Franciszek Lach – również poznany podczas pierwszego pobytu w Bieszczadach. Spotkanie to obfitowało w intensywne doznania, których skutkiem był jeszcze bardziej intensywny ból głowy dnia następnego... Nigdy do końca nie wiedziałam (i nadal nie wiem), czy wierzyć we wszystkie jego historie (a usłyszałam ich naprawdę wiele), czy były one wytworem jego prawie permanentnego stanu umysłu wynikającego ze spożywania napojów serwowanych przez jego bar. Dzisiaj, o ile wiem, „Bar u Lacha” nie jest już Lacha, nawet inaczej się nazywa. Nie mam pojęcia, gdzie sam Franciszek Lach się podziewa, a szkoda, bo bar ten był przez lata jego urzędowania swego rodzaju miejscem kultowym w Ustrzykach.

W czasie pierwszego pobytu w „Biesach” spotkałam też nieznanego mi do tej pory zakapiora, który po okolicznych knajpach roznosił efekty swojej pracy – breloczki – świątki wydłubane w drewnie. Moja siostra kupiła mi taki na pamiątkę i, mimo, że ma już 10 lat i jest tak brudny i wytarty, że niewiele na nim widać, mam go nadal przy kluczach i zmienić nie zamierzam.

Baranek – przedstawiciel młodego pokolenia zakapiorskich bieszczadników. Zobaczyliśmy go pierwszy raz pod sklepem w czasie naszego pobytu w Bieszczadach w październiku 2008, a prezentował się następująco: po środku łyso (mowa o głowie, oczywiście), po bokach jakieś poskręcane kołtuny, czy dready, nie pamiętam już – w każdym razie pseudonim zawdzięcza właśnie swojej osobliwej fryzurze. Baranek, aczkolwiek osobnik przebywający chyba stale w stanie częściowego zamroczenia, to jednak bardzo życzliwy i kulturalny, o czym mieliśmy okazję przekonać się w czasie jednej z naszych kolacji. Siedzieliśmy w barze „U Eskulapa”, w dobudowanej, zadaszonej, lecz nieogrzewanej części. Był październikowy wieczór, a więc temperatura dość rześka... Przy jednym ze stołów siedziało trzech steranych mężczyzn, którzy wyglądali, jakby dopiero co zeszli z gór. W pewnym momencie wszedł Baranek i, nie zamykając za sobą drzwi, udał się prosto do stołu naprzeciwko telewizora i zaczął oglądać jakiś program. Jeden ze wspomnianych mężczyzn, marudząc coś, wcale nie tak cicho, na Baranka pod nosem, wstał i zamknął drzwi. Baranek w tym czasie był już tak zapatrzony w szklany ekran, że w najmniejszym stopniu nie wzruszyły go uwagi rzucane pod jego adresem. Po jakimś czasie wstał, wyszedł (ponownie zostawiając, ku oburzeniu mężczyzn, otwarte drzwi), by za chwilę wrócić. Tyle, że jak wracał, nie zauważył jednego wyżej wymienionych, który akurat wychodził przez drzwi w momencie, kiedy Baranek usiłował przez nie wejść. Skutek był taki, że Baranek tanecznym krokiem wpadł na oburzonego już do granic możliwości turystę. Mężczyzna, sądząc, że nauczy Baranka kultury, sarknął do niego „przepraszam bardzo”, na co ten odpowiedział bardzo, jak na jego stan, trzeźwo i kulturalnie „i ja również przepraszam”, po czym udał się na swoje miejsce naprzeciwko telewizora. Mężczyznom opadły szczęki, a my zanieśliśmy się tłumionym śmiechem :).

Zbyszka poznałam w Pszczelinach, ale dwa lata później miałam okazję siedzieć z nim przy jednym stole w „Barze u Lacha”. Poznaliśmy tam też wtedy Romana „Łabi” Dobrowolskiego. Dobiegał końca nasz październikowy pobyt w Bieszczadach – pierwszy o takiej porze roku (bywaliśmy tam, co prawda, i pod koniec września, ale zawsze trafialiśmy na aurę raczej letnią niż jesienną) i zaliczany przez nas do najbardziej udanych, przede wszystkim, ze względu na cudowną, niepowtarzalną, nieporównywalną z innymi miejscami, bieszczadzką jesień...

Ostatniego wieczoru smutek związany z koniecznością opuszczenia tego kolorowegi raju na ziemi postanowiliśmy utopić w „Leżajskach”. Udaliśmy się w tym celu do „Caryńskiej”, ale, z racji przepełnienia lokalu, nie mieliśmy ochoty tam zostać, przenieśliśmy się więc do „Lacha”. Wolny był tylko jeden stół, przy którym siedzieli miejscowi - Baranek, „mały kudłacz” (jak się na następny dzień okazało, parkingowy :) ) oraz jakiś mężczyzna z gitarą. Wypiliśmy razem piwo i, od słowa, do słowa, dowiedzieliśmy się, że Roman (facet z gitarą) pisze i śpiewa piosenki, nie było więc nawet mowy o tym, żeby nam którejś nie zaprezentował. Kiedy grał i śpiewał dla nas „Wąskie tory”, z braku innej możliwości, nagrywałam ten utwór na komórkę. Bardzo długo miałam go potem ustawionego jako dzwonek i mimo, że od tamtego czasu mam już któryś telefon z kolei, tamtą komórkę zostawiłam sobie na pamiątkę, ponieważ nie mogłam tego nagrania nijak z niej przegrać. Później okazało się, że Roman tą właśnie piosenką zdobył wyróżnienie na „Bieszczadzkich Aniołach” 2008[3]... Po jakimś czasie dołączył do nas także Zbyszek i jeszcze ktoś. I tak w miłej atmosferze nasiąkniętej wonią piwa płynął nam wieczór w towarzystwie „bieszczadzkich chłopaków”, którzy, sami nawet o tym nie wiedząc, urządzili nam iście bieszczadzkie pożegnanie z górami. W pewnym momencie drzwi do baru otworzyły się („nasz” stół był naprzeciwko nich) i weszli goście – metro – chłopczyna prawdopodobnie z matką i dziewczyną – wszyscy "wyfiokowani", w eleganckich, miastowych płaszczykach. Nie zdążyli jeszcze zamknąć drzwi, jak zgorszenie zastygło im na twarzach... Chłopczyna zmierzył nas wszystkich wzrokiem, po czym, odwróciwszy się na pięcie, zarządził „wychodzimy” i prawie wypchnął zdegustowane kobiety z baru. Nasi towarzysze, pogrążeni w rozmowie i spożywanym przy jej okazji alkoholu, nawet nie zauważyli „turystów”, za to my z Bogdanem mieliśmy z nich niezły ubaw i do tej pory pamiętamy te ich miny... Miło było dopóki Zbyszkowi któryś z kolegów nie wylał piwa… „Poszkodowany”, w przypływie goryczy i żalu za utraconym trunkiem, rzucił się na winowajcę, przewracając i wylewając na moje spodnie kolejne piwo... Barmanka straciła cierpliwość i ustawiła towarzystwo do pionu, a my posiedzieliśmy jeszcze chwilę i udaliśmy się na kwaterę, bo trochę zaczynałam marznąć siedząc tak z całą mokrą od piwa nogawką.

Bieszczadzkie zakapiory to grupa społeczna, która nie jest ewenementem na skalę kraju, ponieważ w każdej miejscowości naszej pięknej Polski można odnaleźć jej regionalnych przedstawicieli, na których wszędzie indziej mówi się – nie czarujmy – „margines” lub „lumpy”... i tak, zapewne, postrzegani są „bieszczadzcy chłopcy” przez większość ludzi, którzy pojawiają się w Bieszczadach po raz pierwszy lub tych, którzy nie chcąc bliżej poznać tego „elementu”, omijają jego przedstawicieli szerokim łukiem z wyrazem niesmaku na twarzach. Nie mnie oceniać innych, jednakowoż wstyd mi za taką postawę „cywilizowanej” i „porządnej” części naszego społeczeństwa. Nie byłam i nie jestem jednym z zakapiorów, ale niejednokrotnie miałam okazję wśród nich przebywać, rozmawiać z nimi, spożywać napoje różnego rodzaju i nawet przez chwilę nie bałam się tych ludzi. W Dwerniku prawie cały dzień spędziłam przed barem, a moja torba, ze wszystkimi cennymi rzeczami, jakie miałam – w barze. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby ją ruszyć, a ja się wcale o nią nie obawiałam. W Pszczelinach, jak i w Dwerniku,  chłopaki stawiali mi piwo i nawet nie chcieli słyszeć o tym, że ja za nie zapłacę. Wszędzie indziej bałabym się przejść koło takich ludzi, a w Bieszczadach nie boję się wśród nich przebywać. Oni nie ruszą nie swojej rzeczy, nie żebrzą o pieniądze na tak zwany chleb – nie, mimo, że  ich nie mają lub mają niewiele, prędzej sami postawią piwo niż o nie poproszą. Większość z „bieszczadzkich chłopaków” to ludzie zawieszeni pomiędzy bieszczadzkim niebem a piekłem samotności i odrzucenia, które, niestety, niejednokrotnie sami sobie zgotowali. Zakapiory to nie "lumpy" i, jeśli ten tekst wpadnie w ręce komuś, kto tak ich postrzega, niech porządnie zastanowi się, czy tak naprawdę ma prawo uważać siebie za lepszego człowieka od nich.


[1] Andrzej Potocki, „Majster Bieda czyli Zakapiorskie Bieszczady”

(„O Józku co ma koński charakter”), Wyd.Carpathia, wydanie II poszerzone

[2] Bar „Pod Caryńską” w Ustrzykach Górnych

[3] Festiwal Sztuk Różnych „Bieszczadzkie Anioły” – impreza odbywająca się w Polowie sierpnia w latach 2001–2009 w Bieszczadach - w Cisnej, Wetlinie oraz Dołżycy

Wczytuję...
Wczytuję...

Czy wiesz, że...

W portalu Góry i Ludzie również Ty możesz zostać autorem artykułów, które przeczytają tysiące Internautów! Już dziś zarejestruj się i zacznij bezpłatnie dodawać swoje treści. To doskonała reklama dla Ciebie i Twoich górskich dokonań. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dodaj własny artykuł

Już dziś zarejestruj się i dodawaj własne artykuły dla tysięcy czytelników portalu!

Chcę zostać autorem!

Wczytuję...